sobota, 9 czerwca 2018

Co ma piernik do wiatraka?

Wspomnienia...

Łukasz:
Ten kto się bardziej zagłębił w sens tego przysłowia z pewnością rozumie jak bardzo jest ono bezsensowne. Pomińmy jednak zalety polskich przysłów i zastanówmy się co jest takiego w wiatrakach, że fascynują sporą grupę turystów? Nie mam tu na myśli tych plastikowych dużych wentylatorów na polach, które stają obiektem fascynacji ekoludków. Mam na myśli piękno drewnianej konstrukcji jak w przypadku wiatraków zwanych koźlakami czy holendrami. Nie znam osoby, która nie docenia uroku drewnianych lub ceglanych domów, kościołów. Taki sam mają właśnie nasze polskie wiatraki. Oczywiście pierwsze wiatraki pojawiły się poza granicami Polski. Nie zmienia to jednak faktu, że jadąc przez polski krajobraz, wzbudzają one nasz zachwyt i podziw dla tej myśli technicznej.


Nasze zainteresowanie wiatrakami zaczęło się przypadkowo. Podczas jednej z podróży zauważyliśmy jeden z wiatraków. Podczas kolejnej wycieczki, kolejny. Najbardziej z widoku wiatraków cieszył się starszy syn. To chyba jego fascynacja wiatrakami spowodowała, że i my zaczęliśmy się nimi bardziej interesować. Oliwy do ognia, tej całej fascynacji, dolał pan Tadeusz Marszewski - kustosz, opiekun wiatraka holendra w Rogierówku (dokładnie: Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy, Punkt Muzealny w Rogierówku).
Niestety, w momencie sprawdzania nazwy muzeum i pisania poprzedniego zdania natrafiłem na informację, że pan Tadeusz Marszewski zmarł w 2017 r. Przyznam, że mimo iż miałem okazję poznać pana Tadeusza podczas jednorazowego zwiedzania wiatraka to i tak pamiętam go jako pełnego energii i zabawnego człowieka.

Opis zwiedzania zacznę od samego pana Tadeusza, ponieważ to on jako pierwszy przywitał nas przed bramą domu w którym mieszkał. Wiatrak mieści się na posesji, na której stoi dom, w którym mieszkał. Zaraz po przedstawieniu się, wypytał nas skąd jesteśmy jak nam się podoba okolica. Pan Tadeusz od początku nie ukrywał, że jest artystą, podkreślił to kilka razy jeszcze w trakcie zwiedzania pokazując nam swoje dzieła. Pan kustosz, długie białe włosy, gęsty długi wąs i uśmiech, który niemalże przez cały czas nie schodził z twarzy. Od początku czuliśmy się nie jak zwiedzający, ale jak goście pana Tadeusza.

"Chodźcie pokażę wam najpierw piwnicę, ale tam jest zimno. Nie będzie wam zimno? Małemu nie będzie zimno?" - pokazuje na naszego syna. Mówimy, że raczej nie. Muzeum zwiedzaliśmy w maju i było już bardzo ciepło. Osobiście nie lubię upałów i taka zimna piwnica dla mnie była zbawieniem.


Oczywiście najciekawszym miejscem była ta część wiatraka gdzie znajduje się jego serce - cały mechanizm, koła zębate, przekładnie, koło do mielenia żarna. Wnętrze drewniane, belki, słupy, jest i nawet winda.



Pan Tadeusz objaśnia zasadę działania młyna, jego historię oraz jak wyglądało życie młynarza. Zna tą historię ponieważ jego wuj pracował właśnie w tym młynie. Przypomnienie z lekcji przyrody lub kto się nie załapał to z lekcji biologii - pan Tadeusz zadaje pytania czy znamy konkretne rodzaje zbóż. Pokazuje jak w ręce wyłuskuje się ziarna z kłosów. Wszystkiego można dotknąć i spróbować (mam na myśli zebrane zboża).



Podchodzimy do niewielkiego drewnianego pulpitu. Pan Tadeusz objaśnia nam, że służył on młynarzowi do notowania ile zboża przyjął i ile mąki z tego udało się wyprodukować. Mówi, że pulpit jest otwierany, ma schowek. Zanim jednak go otworzy to musi nam opowiedzieć pewną historię. Otóż pewna wdowa po żołnierzu, który na wojnie stracił nogę po jego śmierci cały czas słyszała w nocy dziwne dźwięki. Jakby stukot drewnianej nogi, którą nosił ów weteran zaraz po wojnie aż do śmierci. Z historii wynika, że po jakimś czasie ten stukot ustał i wyjaśniła się też tajemnica co tak stukało wewnątrz młyna. Pan Tadeusz otwiera pulpit, pod którego klapą wisi na sznurku wypchany szczur. Przyznaję, że zaskoczyło mnie to, aż przeszły mnie ciarki. Oczywiście historia o wdowie i żołnierzu opowiedziana przez pana Tadeusza była dość długa i wprowadziła w pewien mroczny nastrój. Po tym, spodziewałem się ujrzeć ową protezę weterana, a nie szczura. Pulpit zamknięty, syn krzyczy - chce jeszcze raz zobaczyć tego straszaka.


Na zewnątrz słuchamy jeszcze jak i dlaczego są zbudowane skrzydła wiatraka. Rozmawiamy jeszcze na temat pasji artysty oraz trudów pracy jako muzealnik. Młody kręci się przy makiecie wiatraka, który po ostatnich wiatrach uległ małemu zniszczeniu. Syn podnosi części, które odpadły, poukładane obok makiety. Pan Tadeusz pyta czy młody przyjedzie mu kiedyś pomóc naprawić ten wiatrak. Oczywiście młody załapał, że jest okazja do podłubania przy kolejnym modelu więc zgadza się bez zastanowienia.


Jak już wspomniałem pan Tadeusz Marszewski nie żyje. Nie wiem, kto teraz oprowadza zwiedzających po wiatraku. Przyznaję, że nie sprawdzałem. Nie mniej jednak, dzięki takim przewodnikom jak pan Marszewski, zwiedzający zapomina, że jest w muzeum i napawa chęcią do powrotu i kolejnego spotkania. Byliśmy w kilku takich muzeach i zawsze będziemy je miło wspominać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz