czwartek, 14 czerwca 2018

Urlop 2018 - jak dojechać do zamku Chojnik?

Ot, zagadka... jak dojechać do zamku Chojnik.

Tego dnia było trochę pochmurno. Patrząc jednak na niebo zapowiadało się przejaśnienie. Po śniadaniu i spakowaniu niezbędnych rzeczy do auta ruszyliśmy w drogę. Z Przecznicy pojechaliśmy w kierunku Rybnicy gdzie wjechaliśmy na DK30. Tą drogą kierowaliśmy się w stronę Jeleniej Góry. Chcieliśmy jeszcze po drodze zrobić małe zakupy - woda, jakiś suchy prowiant, itp. Jednakże na wysokości stacji paliw pojawił się drogowskaz kierujący do zamku Chojnik. Kilkadziesiąt metrów dalej widzimy drogę gruntową. Skręcamy. Okazuje się jednak, że nie jest to droga do zamku Chojnik. Jest to droga donikąd. Cofamy się. 

Szczerze? Nie mamy sobie nic do zarzucenia. Zgubiła nas pewność, że tak wygląda droga do zamku. Może zgubiło nas doświadczenie, że 90% dróg do zamków tak właśnie wygląda. Kocie łby, drogi gruntowe, wysypane gruzem lub jakimiś kamieniami. Zamki mieszczące się w centrach miast, takie jak Malbork są łatwe do zlokalizowania i dojazd do nich nie jest przeszkodą. Niestety w tym przypadku jakiś nieogarnięty intelektualnie pseudo-drogowiec-projektant stawia znak 1,6 km przed właściwym zjazdem! Ozięble pozdrawiamy. Niestety takie przypadki zdarzają się często.

Przestawiamy się na GPS. Krzysiu, prowadź nas! Od punktu wyjścia, czyli od stacji benzynowej i nieszczęsnego drogowskazu, mamy jeszcze 12 km do przejechania. Zatem, zakupy i w drogę. 

Zamek widzimy już z daleka. Pięknie prezentuje się na górze Chojnik. Ostatnie wycieczki, jakie zaliczyliśmy odbywały się na płaskowyżach. Dodam, że z przewagą "płasko". 

Dojechaliśmy. "Jesteś u celu. Prowadził cię Krzysztof Hołowczyc". Parkujemy pod czymś, co się nazywa Transgraniczne Centrum Turystyki Aktywnej w Jeleniej Górze. Parking darmowy. Toalety zamknięte! Wisi karteczka "jestem na szlaku". Tak, więc pęcherze w torbę, bo na szlaku zakaz siusiania. Sytuacja była bardzo przykra dla pasażerów autokaru. Młodzi ludzie - prawdopodobnie pierwsze klasy podstawówki - wymiotowali na chodnik. Temat może i odpychający. Ale wyobraźcie sobie, co musieli przezywać opiekunowie, którzy mieli grupkę dzieci wymagających skorzystania z toalety. Tak, więc gratulujemy logiki pracownikom  Transgranicznego Centrum Turystyki Aktywnej w Jeleniej Górze.

(już widać zamek)

Szlaki prowadzące do zamku znajdują się na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego i są objęte opłatami. Z tego, co pamiętam to bilet normalny kosztował 6 zł, a ulgowy 4 zł. W miejscu zakupu biletów nabyliśmy od razu pocztówki, magnesy i inne pamiątki.

Pierwsze do pokonania schody wykonane z drewnianych belek, potem z kamieni. Łatwe do pokonania. Niestety nie jest to wygodne dla wózka dziecięcego. W tym miejscu odradzamy zabieranie wózków dużych, małych, czegokolwiek, co posiada kółka. Zaopatrzcie się w chustę lub specjalne nosidełko dla maluchów. Dalsza część drogi prowadzi przez trasę czarną i trasę czerwoną. Oczywiście nasza grupa alpinistów amatorów, niezaznajomiona z oznakowaniem szlaków stoi pod drogowskazem wpatrzona jak wół w malowane wrota lub szpak w gnat.


Poniżej krótki opis kolorów szlaków:

SZLAK CZERWONY – Zazwyczaj jest to główny i najważniejszy szlak na danym obszarze. Szlak o sporej długości, który przebiega przez trasę najbardziej wartościową z punktu turystycznego. Na przykład Główny Szlak Sudecki.

SZLAK NIEBIESKI – To drugi pod względem ważności szlak. Prowadzony na długim dystansie, ale nie będący szlakiem głównym.

SZLAK ŻÓŁTY – Tym kolorem oznacza się zazwyczaj szlaki łącznikowe, czasem też dojściowe.

SZLAK ZIELONY – Szlak doprowadzający do charakterystycznych miejsc, lub łącznikowy, czasem też dojściowy.

SZLAK CZARNY – Najrzadziej stosowany ze względu na małą widoczność. Oznacza szlak dojściowy, rzadziej łącznikowy.
[źródło tekstu w ramce: https://eloblog.pl]


W międzyczasie w dół góry schodziła wycieczka z przewodnikiem na czele. Pan ze względu na wiek i wygląd sprawiał wrażenie zaprawionego w boju. Spojrzał na nas i rzucił: "z tym wózkiem na czarny szlak to nawet nie myślcie wchodzić". Skoro pan przewodnik schodził z czarnego szlaku to warto posłuchać dobrej rady. Faktycznie, szlak czarny pokonałby nas z pewnością. Jego fragmenty widoczne były podczas wchodzenia szlakiem czerwonym.

Kilka słów o samym szlaku czerwonym. Wybrukowana droga, nie jest stroma. Jednak dla takich wspinaczy jak my nawet taki szlak jak ten był wyczerpujący. Droga posiada jeszcze pewnego rodzaju progi, które mają na celu odprowadzać wodę deszczową w specjalnie przygotowane koryta. Owe progi występują, co 10 m. Idąc "pod górkę" nie stanowią one przeszkody. Idąc w dół progi stanowią już przeszkodę, gdzie za każdym razem trzeba podnosić wózek. Według Google Maps trasa ma około 2,3 km. Biorąc pod uwagę, że progi mogą występować średnio, co 10-15m to takie "kicanie" wózkiem trzeba wykonać około 200 razy.
Może i narzekam. Przecież to jest szlak turystyczny, a nie jakaś promenada w jakimś kurorcie. Popełniliśmy błąd i staramy się przestrzec przed nim innych.

Młody został zawinięty w chustę. Niesiony przez mamę zadowolony z podziwiania widoków. Mijamy tzw. Grzyb Skalny, taras widokowy oraz skały, które wyłaniają się z ziemi. Śpiew ptaków, szum drzew przerywający ciszę. Wspinamy się - nie wiem już jak długo. Mimo problemów z wózkiem czas spędzamy bardzo miło. Odpoczywamy chwilę przy Źródełku Kunegundy.



Po drodze widzimy, że w dół idzie chłopiec trzymający loda. Pytamy czy na górze jest jakaś budka gdzie można coś kupić? Mówi, że tak, można kupić picie i coś do zjedzenia. Uradowani. Mamy jeszcze większą motywację do przyśpieszenia kroku. Z oddali słyszymy jak ktoś pyta schodzących czy jeszcze daleko. Odpowiadają, że blisko, bo już widać mury zamku. Kolejny powód by przyśpieszyć. Przecież tam jest cywilizacja! Picie, strawa i może jakaś toaleta.




Docieramy do zamku. Widać już pierwszą bramę. Ten fragment drogi również okazuje się być trudny do pokonania wózkiem. Dla zmęczonego taty jest to spora przeszkoda.


Zasłużyliśmy na odpoczynek. Kawę, coś słodkiego i zimne picie. Nagroda za spalone kalorie. Po lewej stronie od głównej bramy zamku znajduje się kawiarnia. Nie pamiętam całego menu. Wiem za to, że w przyszłości wróciłbym tylko po jeszcze jeden kawałek sernika. Tak, sernik był przepyszny i podejrzewam, że robiony według starego przepisu, czyli z dodatkiem ziemniaka. Zgadza się, najlepszy sernik robiony jest z dodatkiem ziemniaka do ciasta, a nie jakiś sztucznych skrobi czy innych wynalazków.

(Łukasz: prawie jak mojej mamy)

W kawiarni znajduje się toaleta. Nie chcę skłamać, ale chyba przy kiosku z pamiątkami i biletami na szlak znajduje się tablica informująca, że zamek nie posiada toalety. Prawdą jest, że zamek nie posiada toalety i na trasie też takowych nie ma. Jednakże znajduje się ona w kawiarni. Nie pamiętam ile kosztuje, ale bez względu na cenę, w potrzebie nie zwraca się na to uwagi.

Przygotowani na dalszą przygodę wchodzimy do zamku. Bilety w podobnej cenie jak te na szlak. Do zwiedzenia jest fragment podziemia, dziedzińce, baszta oraz przejście przy murze zewnętrznym. Wszystko zabezpieczone, więc nie ma obaw o bezpieczeństwo dzieci. Pierwszy dziedziniec, widzimy prawdopodobnie słup pręgierza. Mury porośnięte zielonym bluszczem oraz piękne rozłożyste drzewo.
Umknęło nam uwadze, ale z zamek nie oferował do zwiedzania komnat z eksponatami. Trzeba go bardziej traktować, jako punkt widokowy. I tak właśnie jest, bo najważniejszym elementem zamku jest baszta. Dopiero tam turysta docenia piękno krajobrazów, które go otaczają.




Odpoczywamy na dziedzińcu.Przewijamy małego. Dajemy jeszcze chwilę dzieciakom na "zwiedzanie" zamku, które oparte jest na bieganiu gdzie się da. Oczywiście nigdy nie pozwalamy in na skakanie w miejscach niebezpiecznych czy też takich, które mogą ulec uszkodzeniu. Wszak dzieci są gorsze niż szarańcza.

Kiedyś zażartowałem do żony, że znam sposób na wygranie każdej wojny. Wpuszczam do bazy wroga kilka grup przedszkolnych - gwarantowane: umundurowanie i sprzęt pomalowany w nowych jaskrawych barwach przy pomocy kredek i farb. Wszelkiego rodzaju broń zostaje rozkręcona, magazynki pogubione, wewnątrz mnóstwo piasku. Drobne elementy połknięte lub zgubione. W przeciągu kilkunastu minut znika prowiant - zwłaszcza ten kaloryczny i słodki. To czego nie da się zjeść lub połknąć w całości zostaje pogryzione. W kołach pojazdów brak powietrza. Lufy armatnie zapchane. Baza zdobyta. Uzupełniamy stan załogi, zmieniamy pieluchy i walczymy dalej. Oczywiście tekst traktujemy jako swoistego rodzaju żart. Każdy rodzic wie, że wystarczy odwrócić się na chwilę i dzieją się takie zjawiska, których nie wyjaśni sztab naukowców.

Dlatego też staramy się uczyć dzieciaki szacunku do tego co stare, zabytkowe, cenne z punktu widzenia historii.

środa, 13 czerwca 2018

Urlop 2018 - Przecznica, Izerski Potok

Pomiędzy kolejnymi wpisami z wycieczek po Pogórzu Izerskim, postanowiłem wrzucić kilka słów o miejscu gdzie nocowaliśmy.

Przecznica - niewielka wieś w powiecie lwóweckim województwa dolnośląskiego. Położona jest w Górach Izerskich i na Pogórzu Izerskim (Kotlina Mirska). Nie chcę tu rozpisywać się nad cała historią wsi. Warto jednak zaznaczyć, że znajdują się tu sztolnie po kopalniach kobaltu, rud cyny. Wieś otoczona jest laskami oraz polami, które rozciągają się do kolejnych wsi. Wydają się one ciągnąć aż po horyzont. Stojąc u podnóża wsi w oddali widać wzgórze z ruiną zamku Gryf. Wieś posiada tzw. układ łańcuchowy. Mianowicie jedna długa droga z domostwami po obu stronach.

 (tak na tym zdjęciu gdzieś jest na horyzoncie zamek Gryf)

Nocleg wybierała żona. Wybrała agroturystykę Izerski Potok. Pierwszy raz gdy przeglądałem stronę z ofertą, pomyślałem sobie, że jest to kolejna strona z barwnymi zdjęciami, zachwalająca co czeka na gości. Moje sceptyczne podejście teraz okazało się nieporozumieniem. Kilka dni po powrocie pisząc ten tekst jeszcze raz przeglądam stronę "Izerskiego Potoku". Wszystko to, co jest przedstawione na fotografiach i opisach jest szczerą prawdą.

 

Napiszę jednak coś od siebie. Po przyjeździe przywitała nas pani Agnieszka, właścicielka. Chwilę później poznajemy męża, pana Bogdana. Od początku uśmiechnięci - pytają jak minęła podróż, czy jesteśmy zmęczeni, itp. Zostajemy oprowadzeni po ogrodzie i domu. Wszystko jest zadbane, czyste. Pokój z łóżkiem dla dwojga rodziców, starszego dziecka i łóżeczkiem dla najmniejszego. Łazienka z prysznicem. Wszystko w jasnych kolorach. Przez okna wpada słońce. Widać, że do ma swoją historię. Jego konstrukcja ma już swoje lata - mur z cegły i kamienia, belki pod stropami, drewniana podłoga. Kuchnia posiada podobny wystrój. Jest przestronna, posiada ogromny stół, kuchenkę, lodówkę.


W zestawie załączony jest też kot Czarek. Czeka na gości, daje się głaskać, lubi przyjść czasem na śniadanie. Jest bardzo miły i kulturalny. Potrafi też rozmawiać na różne tematy. Ale trzeba umieć go do tego przekonać.


Dom przystosowany jest do pobytu dzieci. Posiada osobny pokój z zabawkami. Na wyposażeniu jest również wanienka do kąpieli dzieci oraz kojec, który przydaje się gdy przebywamy w ogrodzie. Tam możemy znaleźć wydzieloną część, w której rosną owoce, plac zabaw, zadaszone miejsce na grilla z piecem oraz mnóstwo zieleni.


Obok domu znajduje się Stara Kuźnia. To pracownia pani Agnieszki oraz miejsce gdzie pod jej okiem można wykonać własnoręczne dzieła z gliny. Wypalane, szkliwione, przyozdabiane stają się potem własnością gości. Jest to niesamowita pamiątka. Przyznam się, że w wielu miejscach mogliśmy zakupić wszelkiego rodzaju pamiątki, ale takie wykonane własnoręcznie mieliśmy okazję dostać pierwszy raz.

 
Więcej zdjęć znajdziecie na stronie Izerskiego Potoku.

Urlop 2018 - Zmiana planów, zwiedzamy w Siedlęcinie

Bardzo zależało nam na zwiedzeniu zamku Chojnik. Niestety pogoda pokrzyżowała nam plany. Od rana padało i nic nie wskazywało na to, że ten stan się zmieni aż do następnego dnia. Ufając prognozom pogody, tym internetowym, nie pogodynkom stacji tv, postanowiliśmy objechać okolicę samochodem. Szukaliśmy miejsca gdzie będziemy mogli wejść, zwiedzać i być pod dachem.

Wybór Książęcej Wieży Mieszkalnej w Siedlęcinie okazał się bardzo trafnym wyborem [Izabela: Tak, kochany mężu, zawsze dokonuję trafnych wyborów, a moje decyzje cieszą resztę rodziny :)] Obiekt posiada własny darmowy parking. Przed obiektem pozostają stare zabudowania gospodarcze. Widać, że wymagają gruntownego remontu. W międzyczasie deszcze ustaje na chwilę. Przed wejściem do wieży rośnie przepiękna, bardzo rozłożysta lipa. Jak się okazuje jest to lipa sądowa, pod którą jak sama nazwa wskazuje miały odbywać się rozprawy sądowe. Jak miało to przebiegać i czy faktycznie takie procesy miały miejsce pod tą lipą? Obwód lipy wynosi około 480 cm (znalazłem wzmiankę, że kiedyś wynosił on 700 cm). Drzewo w swojej wysokości ma sięgać 18 m, a jego wiek został oszacowany na około 200 lat.


Kilka słów o wieży. Wybudowana około 1314, na polecenie Henryka I - księcia jaworskiego. Materiał wykorzystany do budowy to kamień. Ciekawa jest też etymologia nazwy wieży - książęca czy rycerska? Nazywać ją od tego kto ją wzniósł, czyli księcia, czy też od tego kto ja później zamieszkiwał? Dość ciekawy artykuł znajduje się na oficjalnej stronie zabytku.

Bierzemy chustę do noszenia młodszego, aparaty i inne sprzęty i ruszamy. Z oddali słyszymy klimatyczną muzykę, a u wejścia do wieży, po ubu stronach mostka przywitały nas starodawne przedmioty, typu naczynia gliniane, jakieś kamienie i inne elementy, zapewne znalezione i wydobyte podczas prac archeologicznych.
Wchodząc do obiektu po drewnianym moście widzimy pierwsze efekty prac archeologicznych. Wszystko widoczne poniżej poziomu gruntu. Widać, że są to stare fundamenty wieży, na których stoi dziś obecny obiekt. Więcej na ten temat możecie poczytać na stronie wiezasiedlecin.pl/archeologia.


Jesteśmy wewnątrz zabytku. Po opłaceniu biletów oraz zakupie kilku gadżetów zwiedzamy pierwszą salę. Tu również widać efekty prac archeologicznych. Zdemontowana podłoga odsłania dawne elementy wieży. Na ścianie widoczny jest schemat zmian jakim ulegała wieża.

Ruszamy dalej. Na niewielkim dziedzińcu rośnie kolejna lipa. Widok nieprzeciętny. Jest mniejsza od swojej siostry bo osiąga zaledwie 280 cm w obwodzie i około 15m wysokości. Wiek oszacowany na około 150 lat.

Do wnętrza samej wieży (wcześniejsza część obejmowała fragment mieszkalny obiektu) prowadzą kamienne schody znajdujące się właśnie na dziedzińcu. Na pierwszej kondygnacji znajdują się kamienne elementy zamku oraz przedmioty pochodzące z wykopalisk. W jednej z sal widać kolejne odkrywki archeologiczne.

[Okazuje się, że nasza starsza pociecha dostaje emesis o treści soczków i chipsów. Okropni rodzice karmią go normalnymi śniadaniami i ciepłymi obiadami. Są tacy okropni bo zabraniają diety opartej na śmieciowym jedzeniu. No, czasem rodzic ulega natarczywej dziatwie i jaki tego skutek? Efektem jest to, że tata sprząta zabytkowe posadzki a dziecko raczy się ciepłą herbatką w cieniu lipy sądowej. Z tego miejsca bardzo chcieliśmy przeprosić za kłopot oraz podziękować Pani, która pomogła nam doprowadzić młodego człowieka do dobrego stanu. Herbata pomogła, bo zaraz po wyjeździe z parkingu był jak nowo narodzony. Oczywiście dziecię stara się wrócić do swojej "diety". Najgorsze jest to, że złapałem ten nieszczęsny moment na filmie... ble]
Wracamy do zwiedzania. Młody na chwilę zapomina o problemie z brzuchem. Zauważa wykusze na latryny. Za każdym razem przypomina nam, że już "takie coś" widział, wie co to jest - to są takie zabytkowe muszle klozetowe. W sumie ma rację. Cieszy fakt, że dziecko zapamiętuje nawet takie nietypowe detale. Sam pamiętam, że będąc młodym zaciekawił mnie średniowieczny system sanitarny.

Na jednej z kolejnych kondygnacji widzimy ścienne polichromie, które powstały w 1346 r. Nie będę się wdawał w rozpisywanie na temat techniki ich wykonania bo się na tym nie znam. Przedstawiają one rycerza sir Lancelota. Wybrane fragmenty z życia słynnego rycerza, odrestaurowane dziś cieszą oko swoją wielobarwnością.
Docieramy do ostatniej kondygnacji, do poddasza. Dość wysoko osadzona kalenica oraz cała misternie utkana więźba dachowa robi niesamowite wrażenie. Ciekawskim polecam zabranie mocnej latarki. Oświetlona konstrukcja robi jeszcze większe wrażenie. Widok przez okna jest przepiękny...


Kończymy zwiedzanie. Udajemy się do auta i ruszamy w drogę. Jeszcze tego samego dnia... ale o tym w kolejnym wpisie. Pozdrawiamy!

W obiekcie jest toaleta.

Informacja ze strony wiezasiedlecin.pl:
"Bilet normalny kosztuje 7 zł, bilet ulgowy emerycki 6 zł, bilet ulgowy dla uczniów i studentów 5 zł (w tym zwiedzanie rezerwatu archeologicznego). Dla dzieci do lat 4 wstęp wolny."

wtorek, 12 czerwca 2018

Urlop 2018 - Pierwszy dzień, pierwszy spacer

Po pierwszej nocy spędzonej w "Izerskim Potoku" postanowiliśmy zapoznać się z okolicą. Z przecznicy zeszliśmy w dół wsi, kierując się w stronę Mlądza. Po drodze podziwiamy przepiękne widoki. Otoczeni polami uprawnymi, zabudowami wiejskimi. Gdzieniegdzie widać ruiny zabudów wiejskich. Budowane z kamienia, czasem z czerwonej cegły. Porośnięte krzakami, gdzieniegdzie wyrastają już w ich obrębie drzewa. Pięknie komponują się z otoczeniem. Nie są to współczesne rudery betonowo-azbestowe, ale leciwe budynki.


 

 

Po drodze napotykamy mnóstwo małych żabek Nie jestem herpetologiem. Nie jestem nawet betrachologiem, więc nie jestem w stanie określić jak nazywają się owe żabki. Zadziwiła nas jednak ilość owych płazów. Droga była usiana nimi na odcinku kilkudziesięciu metrów. Utrudniały przejście, ponieważ obawialiśmy się by na nie nadepnąć na którąkolwiek.



Dochodzimy do końca wsi. Końcem okazuje się być kładka-most nad potokiem Mrożynka. Obiekt jest w remoncie. Przejście przez potok na pierwszy rzut oka nie jest problemem. Płynie on w korycie ze sztucznie umocnionymi brzegami o wysokości około 1,5 m.Nie jest to przeszkoda, ale nie ryzykujemy. Zwichnięcie lub złamanie, którejkolwiek z kończyn, pierwszego dnia urlopu, raczej nie wchodzi w grę.


Google Maps twierdzi, że pokonaliśmy około 4 km. Czeka nas drugie tyle w kierunku powrotnym. Dystans nie jest duży. Jednak młodzież zaczyna marudzić. Dlatego też wróciliśmy do "Izerskiego Potoku". Pogoda bardzo nam sprzyjała. Słońce, od czasu do czasu kilka chmurek, lekki powiew wiatru. Zapach czystego powietrza, zieleni.

Po południu czekały nas zakupy, zrobienie małych zapasów i przygotowanie jakiegoś prostego posiłku na kilka dni. Wstyd się przyznać, ale zawaliliśmy sprawę w kilku punktach i zorientowaliśmy się dopiero na trasie, będąc już około 80 kilometrów od domu. Zapomnieliśmy zabrać aparat fotograficzny, obiektywy do telefonów oraz jedzenie. Iza przygotowała pyszne pulpeciki i inne pyszności, które czekały na nasz powrót w lodówce. Zdjęcia robiliśmy telefonami, jedzenie zrobiliśmy na miejscu - udało się przeżyć.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Urlop 2018 - Na trasie...

Wniosek o urlop wypisany, zatwierdzony. Zgoda szefa na wyjazd, jest. Walizki spakowane. Stan załogi, sprawdzony. Miejsce docelowe wybrane. Nocleg zarezerwowany. Nie pozostaje nic innego jak wyruszyć w trasę...

W trakcie jazdy okazało się, że GPS wbudowany w zestaw grający w samochodzie ma pewną wadę. Podczas cofania samochodem, zestaw włącza podgląd kamery cofania. Kończy się to tym, że GPS jest minimalizowany i niestety ekran pozostaje czarny. Ponowne wyłączenie silnika, zamknięcie drzwi powoduje włączenie GPS. Okazało się też, że GPS zawiesza się podczas jazdy. Postanowiliśmy przejść na nawigację w telefonach. Google Maps również zawiodło. Wydaje mi się, że przyczyną są telefony bez wbudowanego modemu GPS (lub wina sieci Plus lub Nju Mobile). W każdym razie komunikat "połączenie GPS zostało zerwane", umilało nam co jakiś czas podróż. Papierowa mapa oraz drogowskazy okazały się niezawodnym narzędziem w nawigacji.

Podczas tak długiej trasy warto pamiętać o posiłku dla dzieci. Ponieważ już raz byliśmy w Świebodzinie i ten akurat był w połowie drogi, postanowiliśmy tam poszukać restauracji. Wybór padł na Jadłodajnię przy ul. Piłsudskiego 22a. Obok lokalu znajduje się parking przy hotelu. Cena za jedną godzinę kosztowała nas 1-2 zł. Restauracja oferuje posiłki typowo "domowe". Z menu możecie zapoznać się na profilu facebook'owym. Zdecydowanie polecam zjedzenie jednej zupy w cenie hot-doga ze stacji paliw. Ciepły posiłek, z kiełbaską, ziemniakami i jajkiem? Tego nie zastąpi jakaś parówa w bułce. Najedzeni ruszyliśmy w drogę.

Na marginesie. Pomnik Jezusa ze Świebodzina widzieliśmy już kilka lat temu. Darowaliśmy sobie tym razem tą atrakcję. Pamiętam też, że było tam jakieś bistro, ale nie wywarło ono na nas wtedy dobrego wrażenia.

Wracając do tematu parkingów. Wiele z parkingów jest płatnych, strzeżonych lub niestrzeżonych. Osobiście bez względu na to czy jest on objęty ochroną czy też nie, osobiście wolę parkować na takim parkingu. Po pierwsze, wiele takich parkingów ma mnóstwo miejsc wolnych - mało kto chce wydać taki wielki majątek jak 5 zł. Po drugie, wiem, że parkując na takim parkingu nie zajmuję komuś miejsca pod blokiem czy inną posesją, którą kierowca zajmuje przez "zasiedzenie". Po trzecie cena kilku złotych za godzinę czy za dobę to są grosze - nie zachowujmy się jak pewien celebryta z tv, który zasłynął poradnikiem cebulactwa.

Kilkaset kilometrów i kilka robót drogowych, byliśmy u celu. Już sam dojazd przez okolicę, w której mieliśmy nocleg, robił na nas ogromne wrażenie. Ale o tym napiszemy już w kolejnym wpisie.

niedziela, 10 czerwca 2018

Jeziorko Zatorek - Wyspa Wolin (zachodniopomorskie)

Wspomnienia...

Mroźny lutowy poranek zaktywizował nas, aby wyjść z domu i "coś porobić". W naszym mieście duża ilość śniegu i solidny mróz, to raczej rzadkość, a że ostatnie dni były blisko zera - stwierdziliśmy - trzeba to wykorzystać. Mieliśmy tego dnia pojechać do Kamienia Pomorskiego, zobaczyć zielony labirynt. [Łukasz: kto to pisał? Chyba nie ja! Zimą? Zielony labirynt? Chyba szalej w promocji gdzieś sprzedawali...]

W drodze, tuż za promem, stwierdziłam, że trzeba by tam zadzwonić i upewnić się czy aby już mają w tym roku czynne. No i okazało się, że zamknięte do kwietnia :). [Łukasz: Wow, no zimą raczej "zielone" atrakcje nie działają....] Odłożyliśmy tą atrakcję na inny czas. Tak więc jadąc w kierunku z Wisełki do Dziwnowa minęliśmy przyszły cel naszej atrakcji. Zatrzymaliśmy się w Dziwnowie, chyba tylko na małe zakupy (kupon lotto i szczękowy zielony dinozaur - przyp. Antek) i stwierdziliśmy, że wracamy.
Wracamy z powrotem drogą na Wisełkę. Okolice Kołczewa kuszą oko. Przed Wisełką nasz wzrok przykuł piękny widok skutego lodem malutkiego jeziorka - Zatorek. Zatrzymaliśmy się, aby w tej cudnej białej ciszy zrelaksować się i chwilę odpocząć. Jezioro chyba było całkowicie  zamarznięte. W wywierconych przez wędkarzy przeręblach widać było grubą warstwę lodu na kilkanaście centymetrów. Wydaje się, że zimą Zatorek to typowo wędkarskie jezioro.


Nie muszę chyba mówić, jaką frajdę miał syn, kiedy pozwoliliśmy mu poślizgać się po lodzie. Mimo swego stanu (6 miesiąc ciąży) też przeszłam się chętnie po tafli. Pierwszy raz w życiu chodziłam po zamarzniętym jeziorze. W dzieciństwie zdarzyło mi się zjeżdżać na sankach z górki, wprost na zamarzniętą do połowy szerokości rzekę Wartę..ale to chyba nie było zbyt bezpieczne...cóż jak się ma dwóch starszych braci...



sobota, 9 czerwca 2018

Co ma piernik do wiatraka?

Wspomnienia...

Łukasz:
Ten kto się bardziej zagłębił w sens tego przysłowia z pewnością rozumie jak bardzo jest ono bezsensowne. Pomińmy jednak zalety polskich przysłów i zastanówmy się co jest takiego w wiatrakach, że fascynują sporą grupę turystów? Nie mam tu na myśli tych plastikowych dużych wentylatorów na polach, które stają obiektem fascynacji ekoludków. Mam na myśli piękno drewnianej konstrukcji jak w przypadku wiatraków zwanych koźlakami czy holendrami. Nie znam osoby, która nie docenia uroku drewnianych lub ceglanych domów, kościołów. Taki sam mają właśnie nasze polskie wiatraki. Oczywiście pierwsze wiatraki pojawiły się poza granicami Polski. Nie zmienia to jednak faktu, że jadąc przez polski krajobraz, wzbudzają one nasz zachwyt i podziw dla tej myśli technicznej.


Nasze zainteresowanie wiatrakami zaczęło się przypadkowo. Podczas jednej z podróży zauważyliśmy jeden z wiatraków. Podczas kolejnej wycieczki, kolejny. Najbardziej z widoku wiatraków cieszył się starszy syn. To chyba jego fascynacja wiatrakami spowodowała, że i my zaczęliśmy się nimi bardziej interesować. Oliwy do ognia, tej całej fascynacji, dolał pan Tadeusz Marszewski - kustosz, opiekun wiatraka holendra w Rogierówku (dokładnie: Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy, Punkt Muzealny w Rogierówku).
Niestety, w momencie sprawdzania nazwy muzeum i pisania poprzedniego zdania natrafiłem na informację, że pan Tadeusz Marszewski zmarł w 2017 r. Przyznam, że mimo iż miałem okazję poznać pana Tadeusza podczas jednorazowego zwiedzania wiatraka to i tak pamiętam go jako pełnego energii i zabawnego człowieka.

Opis zwiedzania zacznę od samego pana Tadeusza, ponieważ to on jako pierwszy przywitał nas przed bramą domu w którym mieszkał. Wiatrak mieści się na posesji, na której stoi dom, w którym mieszkał. Zaraz po przedstawieniu się, wypytał nas skąd jesteśmy jak nam się podoba okolica. Pan Tadeusz od początku nie ukrywał, że jest artystą, podkreślił to kilka razy jeszcze w trakcie zwiedzania pokazując nam swoje dzieła. Pan kustosz, długie białe włosy, gęsty długi wąs i uśmiech, który niemalże przez cały czas nie schodził z twarzy. Od początku czuliśmy się nie jak zwiedzający, ale jak goście pana Tadeusza.

"Chodźcie pokażę wam najpierw piwnicę, ale tam jest zimno. Nie będzie wam zimno? Małemu nie będzie zimno?" - pokazuje na naszego syna. Mówimy, że raczej nie. Muzeum zwiedzaliśmy w maju i było już bardzo ciepło. Osobiście nie lubię upałów i taka zimna piwnica dla mnie była zbawieniem.


Oczywiście najciekawszym miejscem była ta część wiatraka gdzie znajduje się jego serce - cały mechanizm, koła zębate, przekładnie, koło do mielenia żarna. Wnętrze drewniane, belki, słupy, jest i nawet winda.



Pan Tadeusz objaśnia zasadę działania młyna, jego historię oraz jak wyglądało życie młynarza. Zna tą historię ponieważ jego wuj pracował właśnie w tym młynie. Przypomnienie z lekcji przyrody lub kto się nie załapał to z lekcji biologii - pan Tadeusz zadaje pytania czy znamy konkretne rodzaje zbóż. Pokazuje jak w ręce wyłuskuje się ziarna z kłosów. Wszystkiego można dotknąć i spróbować (mam na myśli zebrane zboża).



Podchodzimy do niewielkiego drewnianego pulpitu. Pan Tadeusz objaśnia nam, że służył on młynarzowi do notowania ile zboża przyjął i ile mąki z tego udało się wyprodukować. Mówi, że pulpit jest otwierany, ma schowek. Zanim jednak go otworzy to musi nam opowiedzieć pewną historię. Otóż pewna wdowa po żołnierzu, który na wojnie stracił nogę po jego śmierci cały czas słyszała w nocy dziwne dźwięki. Jakby stukot drewnianej nogi, którą nosił ów weteran zaraz po wojnie aż do śmierci. Z historii wynika, że po jakimś czasie ten stukot ustał i wyjaśniła się też tajemnica co tak stukało wewnątrz młyna. Pan Tadeusz otwiera pulpit, pod którego klapą wisi na sznurku wypchany szczur. Przyznaję, że zaskoczyło mnie to, aż przeszły mnie ciarki. Oczywiście historia o wdowie i żołnierzu opowiedziana przez pana Tadeusza była dość długa i wprowadziła w pewien mroczny nastrój. Po tym, spodziewałem się ujrzeć ową protezę weterana, a nie szczura. Pulpit zamknięty, syn krzyczy - chce jeszcze raz zobaczyć tego straszaka.


Na zewnątrz słuchamy jeszcze jak i dlaczego są zbudowane skrzydła wiatraka. Rozmawiamy jeszcze na temat pasji artysty oraz trudów pracy jako muzealnik. Młody kręci się przy makiecie wiatraka, który po ostatnich wiatrach uległ małemu zniszczeniu. Syn podnosi części, które odpadły, poukładane obok makiety. Pan Tadeusz pyta czy młody przyjedzie mu kiedyś pomóc naprawić ten wiatrak. Oczywiście młody załapał, że jest okazja do podłubania przy kolejnym modelu więc zgadza się bez zastanowienia.


Jak już wspomniałem pan Tadeusz Marszewski nie żyje. Nie wiem, kto teraz oprowadza zwiedzających po wiatraku. Przyznaję, że nie sprawdzałem. Nie mniej jednak, dzięki takim przewodnikom jak pan Marszewski, zwiedzający zapomina, że jest w muzeum i napawa chęcią do powrotu i kolejnego spotkania. Byliśmy w kilku takich muzeach i zawsze będziemy je miło wspominać.

piątek, 12 stycznia 2018

Pałac w Siemczynie - Barokowa posiadłość pełna tajemnic

W trakcie okresu wakacyjnego w 2016 roku postanowiliśmy urlop spędzić w Zachodniopomorskim. Wybór padł na Pojezierze Drawskie. Noclegi zorganizowaliśmy w miejscowości Głęboczek, w gospodarstwie Państwa Kacałów.
Właściciele oferują trzy drewniane domki letniskowe. Na swojej posesji udostępniają spory teren do harcowania dla dzieci i grzecznych zwierzaków (czyli nasz kot odpada bo nawet yorka chciał kiedyś rozszarpać). Domki położone tuż pod lasem, a zaraz za ogrodzeniem krzaki malinowe oraz bogactwo grzybów. Sielanka.

Łukasz:

Nienawidzę grzybów i łażenia po lesie.
Jak witają się grzybiarze? - Panie, tam już nic nie ma.

Izabela:

W okolicy Głęboczka znajduje się kilka ciekawych miejscowości, które udało nam się odwiedzić. Między innymi Siemczyno - zabytkowy pałac. Budynek, mimo stanu w jakim się znajduje robi ogromne wrażenie. Okolica i wnętrza pałacu wysprzątane, teren ogarnięty.


Łukasz:

Wszytko pięknie, wszystko ładnie. Tyle, że z zewnątrz. Sam teren jest zadbany, czego nie można powiedzieć o pałacu, który już zewnątrz wygląda na zrujnowany. Gdy byliśmy w 2017 roku widoczny był przeprowadzony remont dachu.
Wewnątrz pałac jest w opłakanym stanie. Ewidentnie widać, że był rozkradany i dewastowany przez kilkanaście o ile nie kilkadziesiąt ostatnich lat. Sale uprzątnięte, miejsca niebezpieczne względnie zabezpieczone, kilka eksponatów może i "z epoki". Ale na tym koniec.

 


Oczywiście rozumiem, że pozyskanie pieniędzy na taki remont jest kosztowne. Zastanawia mnie jednak czy nie można przeprowadzać remontów takich obiektów etapami tak, by doprowadzić choć jedną salę do końca?


Na koniec krótki film.

Wzgórze Wisielców i plaża nad Głębokim Nurtem - Wolin (zachodniopomorskie)

Łukasz:

Z czego słynie Wolin? Większość obywateli z pewnością nie wie, a pozostała część odpowie, że słynie z katedry i Festiwalu, który odbywa się co roku w Centrum Słowian i Wikingów. Zanim jednak zaskoczę was z czego jeszcze może zasłynąć Wolin powróćmy do jego nazwy. Wolin, czy też Wolin Pomorski? Sam już nie wiem... Na mapie Wolin, a na dworcu PKP Wolin Pomorski... Szukałem i jakoś więcej Wolinów nie znalazłem w Polsce. Po co więc dwie nazwy? Miasto było i jest czasem nazywane Jomsborgiem, Winetą. Ciekawostką jest, że od początku jego nazwa fonetycznie kojarzyła się obecną - Yulin, Wulinensis civitas, Willin, Wołyń, Wolin, Yolin.

W samym Wolinie byłem mnóstwo razy. Wielokrotnie z rodzicami na tzw. "wypadach za miasto". Wiele razy przejeżdżałem przez miasto jadąc do Szczecina. Centrum miasta znałem jak własną kieszeń. Spokojne, senne, urokliwe miasteczko - ot taki banalny opis. Rynek, katedra, rzeka, bulwar spacerowy, kilka ulic na krzyż i garść sklepików. Przyszedł jednak dzień kiedy zacząłem się zastanawiać, że przecież "coś być musi, do cholery, za zakrętem".

Izabela:

Tym samym błądząc szlakiem Słowian i Wikingów dotarliśmy na Wzgórze Wisielców. Mimo, iż mieszkam w okolicach już 12 lat, nigdy w tym miejscu nie byłam. Okolice Wolina kryją jednak różne tajemnice.

Wzgórze Wisielców, to stanowisko archeologiczne - dawne cmentarzysko kurhanowe (mogiły w kształcie kopców), sięgające IX-X w. n.e. Owo należy do grupy najstarszych na Pomorzu Zachodnim średniowiecznych nekropolii. Określenie "wzgórze wisielców" powstało w późniejszym czasie, chyba z racji odbywających się tam egzekucji na piratach. Tematyka może niezbyt przyciągająca najmłodszego w rodzinie (Antek lat 4,5), ale, że była wycieczka, a że w okolicy Wolina śnieg i mróz, to mały miał frajdę.

Łukasz:

Przyznaję miejsce fajne. Jednak zawsze chodząc po takich miejscach mam obawy czy nie stąpam po czyimś grobie. Oczywiście ciekawość i chęć odkrywania kolejnych kart historii jest silniejsza i obawy schodzą na dalszy plan.
Izabela:
Kiedy my byliśmy w tym miejscu (28.01.2017) okolica akurat pokryta była śniegiem. Na szczyt wzniesienia (Gołogóra 21 m n. p.m.) weszliśmy z niemałym wysiłkiem, gdyż nazwijmy to, zbocze, było bardzo oblodzone i ośnieżone. Staraliśmy się omijać te mniejsze górki (kurhany) i szliśmy mniej więcej wyznaczoną ścieżką. Nie chcieliśmy, z szacunku dla zmarłych, niszczyć czyjegoś miejsca pochówku.



Z góry rozpościera się piękny widok na cieśninę Zalewu Szczecińskiego (Głęboki Nurt). Tam jednak ścieżka się kończy i zejść tędy do plaży nie dało się (zbyt strome i urwiste, piaszczyste zbocze wzniesienia). Cofnęliśmy się, więc tą samą ścieżką i poszliśmy w lewo do plaży nad Zalewem.



Zimą miejsce to zrobiło na nas ogromne wrażenie. Malutka plaża i zamarznięty brzeg Zalewu, pomost i mroźny wiatr. 


Wjazdu do plaży strzegło dwóch drewnianych wojów, a za wjazdem przywitał nas Świętowit. Musieliśmy synkowi wyjaśnić, że kiedyś to był nasz słowiański bóg, którego zamienili nam na Jezusa. Przy plaży jest też miejsce na ognisko. Generalnie, fajnie tam jest.

Niestety kiedy wróciliśmy w to samo miejsce latem, plażyczka była bardzo zaśmiecona. Kosze na śmieci nie mieściły odpadów. Pod ławkami pełno petów i kapsli. Cóż, nawet wiatr w czerwcu był bardziej wkurzający, niż wtedy tamten mroźny, styczniowy.

Mimo wszystko polecamy podjechać w to miejsce, szczególnie przy okazji odwiedzin w osadzie Słowian i Wikingów. Tematycznie oba miejsca przecież są ze sobą powiązane.

Prehistoria w technice, czyli szczecińskie dźwigozaury - Szczecin (zachodniopomorskie)

Mała gratka dla fanów inżynierii oraz zabytków, o której stało się głośno od jakiegoś czasu. Szczecińskie dźwigozaury, czyli żurawie portowe wybudowane w 1929 roku. Obecnie znajdują się na Łasztowni przy Nabrzeżu Starówki (wyspa rzeczna w obrębie Szczecina).

Obecnie zostały zachowane trzy żurawie, które zostały już odrestaurowane. Ich stalowa, wręcz surowa konstrukcja robi piorunujące wrażenie. Nie są to typowe współczesne dźwigi, których cała konstrukcja jest przysłonięta obudową.


(W momencie gdy byliśmy pierwszy raz na Łasztowni, dźwigozaury były jeszcze w remoncie. Obecnie są one odrestaurowane i wznoszą się jeszcze bardziej majestatycznie nad widzem)

Z nabrzeża gdzie znajdują się dźwigozaury rozpościera się przepiękny widok na Wały Chrobrego.

Sam dojazd na Łasztownię jest bardzo prosty.  Najprościej wpisać w GPS ulicę Tadeusza Apolinarego Wendy. Żurawie stoją zaraz w pobliżu estakady im. Piotra Zaremby. Nie będę opisywał jak zjechać z estakady ponieważ nie wiem, od której strony będziesz jechał, drogi czytelniku.


Oczywiście na wyspie znajdują się nie tylko zabytkowe żurawie ale też przepiękne zabytkowe budynki godne zwrócenia uwagi, m. in. budynek Urzędu Celnego, Budynek Portowej Straży Pożarnej przy ul. Bytomskiej, oraz zabudowania przy ulicy Tadeusza Apolinarego Wendy.

Wyspa wydaje się być zapomnianym i mało polecanym dla turystów miejscem. Szkoda, piękne zabudowy, klimat starego portu i cisza...