wtorek, 18 września 2018

Bolegorzyn i powrót do PRL

Polska Kronika Filmowa obserwuje i podziwia życie prywatne i zawodowe każdej polskiej rodziny. Jedną z takich przykładnych rodzin jest rodzina Zapominalskich. Dziś podpatrujemy jak wybierają się na wakacje. Nie stać ich jeszcze na zakup auta oraz własnej mapy. Rodzice, głowy rodziny Zapominalskich, którzy osiągnęli już sukces zawodowy oddają im na czas wakacji pierwszy pojazd zakupiony za bony. To włoskiej produkcji fiat. Pani Zapominalska wie jednak, że jej mąż wkrótce również zakupi ich własne pierwsze auto. Wie, że zawdzięczać to będą pracy męża w państwowym przemyśle. Mimo, że mogą odpoczywać nad polskim morzem, wolą wakacyjny czas spożytkować z dala od zgiełku kurortu. Im nie jest też w głowie spędzanie czasu przed telewizorem. Ten czas chcą spędzić aktywnie. Mimo, że pochodzą z miasta będą poznawać życie na wsi. Tata, mama i syn już jadą po polskich drogach. Uśmiechnięci. Ich syn cieszy się, że będzie miał okazję poznać jak wygląda rozwój Państwowych Gospodarstw Rolnych. On wie, że to stamtąd pochodzą wszystkie najzdrowsze produkty, jakie co dzień jego mama podaje na rodzinny stół. Antek wie, że w przyszłości chce zostać inżynierem, tak jak jego tata. zdaje sobie sprawę, że będzie mógł swoja wiedzę wykorzystać pomagając rozwijać krajowy przemysł. Mama z dumą i podziwem patrzy jak rośnie ich duma. Wspiera w rozwoju kariery syna i męża.

Koniec! Już! Starczy! Bo zaczyna się jakaś niezdrowa propaganda wkradać…

Jedni krzyczeli „precz z komuną”, drudzy „komuno wróć”. Jedni tą komunę „obalali”, inni chcieli jej powrotu. Komunizm, socjalizm, równość klasowa – hasła, które wywołują niemałe poruszenie. Nie chcę wdawać się w politykę, bo nie taka jest rola tego pamiętnika. Jedno, co mogę powiedzieć, że ustrój minionej epoki spajał społeczeństwo. Mimo, że nic nie mieli, to mieli wszystko. Jak to rozumieć? Ludzie musieli sobie radzić „jak tylko mogli”. Pomagali sobie nawzajem, ktoś miał mikser, ktoś inny mąkę, a inny jajka – wspólnymi siłami mogli upiec ciasto. Taki prozaiczny przykład.

Dziś ludzie zamykają się w swoich domach, bo każdy ma już wszystko. Nic już nikogo nie wyróżnia z tłumu. Zamknięci w domach przed komputerami, podglądamy kolegów, rodzinę sąsiadów przy pomocy takich narzędzi jak portale społecznościowe. Ktoś upublicznił zdjęcia z wakacji, z rodzinnej imprezy - ślubu, chrztu, itp.. Po co mam z nim o tym rozmawiać skoro widzę gdzie był, z kim, i czy dobrze się bawił. Z takiego portalu i zamieszczania zdjęć wynika, że ludzie lubią się przechwalać albo dzielić emocjami.

- A co z waszym blogiem? Też się przechwalacie? - zamierzeniem bloga - pamiętnika było zachowanie wspomnień. Zbieraliśmy zdjęcia, opisy wycieczek, pamiątkowe przedmioty. W kartonie po butach powstało niewielkie muzeum. Tak też postrzegam muzea, jako pudełka po butach, które zachowują wiele wspomnień i przedmiotów z tym związanych [Łukasz: oczywiście porównanie muzeów z pudełkami wyrażam z ogromnym szacunkiem do muzeów].
Na jedno z takich muzeów, które wywołało w nas wspomnienia z młodości natrafiliśmy podczas urlopu w Głęboczku (zachodniopomorskie) – okolice Siemczyna, Czaplinka. [Łukasz: o Głęboczku pojawi się też tekst] W okolicy znajduje się wieś Bolegorzyn, w której znajduje się Muzeum PGR. Wszyscy znamy historię Państwowych Gospodarstw Rolnych? Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze.

Z obszerną historią związaną z PGR możecie zapoznać się na stronie muzeum. Równie ciekawa okazuje się być historia powstania samego muzeum. Ktoś dał pieniądze, ktoś je zabrał, uciekł i słuch po nim zaginął – akcja rodem z dobrego kryminału. Dziś budynek jest wyremontowany, zadbany i funkcjonuje, jako muzeum i świetlica.

Lipiec 2016. Jest piękny słoneczny dzień. Nie śpiesząc się dojeżdżamy do wsi. Odnoszę wrażenie jakby w tym miejscu zatrzymał się czas. Niewielkie zabudowy, które widujemy w każdej mniejszej miejscowości lub wsi gdzie próbowano powoływać do życia PeGeeRy. Nie dostrzegamy charakterystycznych domów, takie jak spotyka się na każdej polskiej wsi – cegła, spadzisty dach, obok obora, sad. Tego tu nie widać.

Wiemy, że muzeum mieści się w dawnym budynku oświatowym. Widzimy bryłę niewiele większą od pozostałych budynków. Charakterystyczne duże okna, takie jak w każdym budynku szkolnym wybudowanym w PRL. Otoczenie, mimo, że jest skromne to jest bardzo zadbane, pełne zieleni. Za muzeum jest parking, gdzie zostawiamy nasz rydwan. Przy parkingu widzimy plac zabaw oraz część eksponatów. Już wiemy, że spędzimy w tym miejscu trochę czasu. Młody nie odpuści placu zabaw.

Gościom podajemy tylko ręcznie mieloną kawę krajową!

Wszystko w swoim czasie. Najpierw pooglądamy zbiory muzeum. Wewnątrz witają nas dwie panie, które będą nas oprowadzały po salach z eksponatami. Teraz nie mogę sobie przypomnieć ile kosztowały nas bilety. Z resztą, w takich muzeach bilety są bardzo tanie. Tu nie chodzi o jakiś zysk, raczej o "zwabienie" gościa by pokazać mu zbiory i zachęcić do obcowania z nauką. A tego muzeum ma do zaoferowanie wiele. W kilku salach znajduje się pokaźna ilość przedmiotów z życia codziennego mieszkańców wsi. Te przedmioty zna każdy z nas. Były one w każdym domu.





Widzimy, że wiele przedmiotów były i w naszych domach. „Popatrz to miała moja babcia”, „pamiętam, że moi rodzice kupili coś takiego” – zabawne jest to, że część z przedmiotów mamy do dziś w domu i ich używamy. Odróżniają się od tych produkowanych współcześnie. Wyglądają na surowe, jakby czasem niewykończone, mają szare, matowe obudowy. Ale to, co je różni od dzisiejszych produktów, to fakt, że działają a coś takiego jak gwarancja nie istniała, bo nie miały prawa się zepsuć.

[Łukasz: kilka lat temu musiałem rozstać się z sokowirówką.Wytrzymała około 30 lat pracy. Niestety przyszedł na nią czas... Nie znalazłem fotografii ale nazywała się Żurawinka-2 lub SW-1, produkcji ZSRR, rok produkcji: 1968.]



Przedmioty, które znajdują się w muzeum też działają. Wiele z nich zostało przekazanych, bo zastąpiły je nowsze wersje. Ale znalazły swoje miejsce tam gdzie inni mogą je oglądać i wspominać historie, które się kiedyś z nimi wiązały. Proszę się nie śmiać, ale moi rodzice do dziś posiadają pralkę „Frania” produkowanej przez fabrykę „Światowid”. Nie zaskoczę nikogo, jeżeli powiem, że działa? Nawet udało się nią zrobić pranie kilka lat temu.



Każdy, kto jest chętny zobaczyć jak wygląda taka pralka, ma okazję właśnie w tym muzeum. Będzie miał również okazję zobaczyć inne sprzęty gospodarstwa domowego, odkurzacze, młynki do kawy, telewizory, wideoodtwarzacze, radia, telefony, maszyny warsztatowe i narzędzia, gazety, aparaty fotograficzne. Staram się spisać to, co widzieliśmy ze zdjęć. Ale gdybym miał wypisać te, które są na fotografiach to powstała by z nich pokaźna lista przypominająca taką inwentaryzacyjną.





7278 zł za bilety ?! Ta kasa chyba źle coś liczy?

Najważniejszymi eksponatami okazują się być pomoce naukowe. Pamiętamy je wszyscy z lekcji fizyki. Przekroje różnego rodzaju silników – obrót tłoka, praca zaworów, itd. Dla nas było to męczące, uczenie się tych wszystkich teorii i wzorów. Ten młody człowiek na zdjęciu jest tym jednak zafascynowany – to się kręci, to przesuwa! To działa! Teraz tata ma okazję się wykazać, co pamięta z liceum i jak bardzo zna się na silnikach.

W naszym zakładzie pracy stosujemy ochronę głowy!

Pora na zwiedzanie zewnętrznej części muzeum. Tutaj również znajdujemy pokaźną ilość eksponatów. Jest kombajn, traktor, wszelkiego rodzaju urządzenia rolnicze. Antek chce choć na chwilę usiąść za kierownikiem takiego traktora i kombajnu.




Gdyby ktoś miał jakieś pytania, to: rolnik szuka żony.


Owa kurka podobno nie płaci za bilety...

Antek bawi się jeszcze chwilę na placu zabaw. Rodzice łapią promienie słoneczne wzbogacając organizm o witaminę D. Patrzyłem tak na naszego fiata punto i zastanawiałem się jak kiedyś, ktoś będzie oglądał takie współczesne samochody w muzeum. Przecież to co było kiedyś dla nas codziennością dziś jest już zabytkiem.

Ten dzień był pełen pozytywnych wrażeń, które się nie skończyły wraz z opuszczeniem muzeum. Kilka kilometrów za Bolegorzynem na jednej z łąk zauważyliśmy stado bocianów. Zdjęcie nie objęło wszystkich osobników, niestety. Do tej pory widzieliśmy bociany w gniazdach, po dwie lub trzy sztuki brodzące na łące. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiej ilości tego ptactwa.



piątek, 14 września 2018

Świnoujście - Świdny Las

Weekend w Świnoujściu? Oczywiście! Spędzamy go na kilka sposobów. Wsłuchując się w ryk motocykli i samochodów pędzących po ulicach. Spacerujemy ulicami miasta. Wdychamy jod na promenadzie i plaży podziwiając jak zamiera wakacyjny zgiełk. Możemy też szukać alternatyw poza miastem. Czekając np. w kolejce na prom.

Kto chce uniknąć tych wszystkich udogodnień może wybrać się poza miasto nie opuszczając wyspy Uznam. Jedną z takich alternatyw jest wycieczka szlakiem rowerowym. Z kilku dostępnych tras rowerowych wybraliśmy tą o nazwie Świdny Las - szlak czerwony. Wykaz wszystkich szlaków rowerowych dostępny jest na oficjalnej stronie miasta Świnoujście.

Celem naszego spaceru był Kanał Piastowski. Wycieczkę zaczynamy od dojazdu jak najbliżej się da. Większość przewodników początek szlaku wskazuje na ulicę Grunwaldzką. Nie będziemy wprowadzać zamętu i również podamy początek trasy, jako tą ulicę. Od skrzyżowania ulic Grunwaldzka i Karsiborska kierujemy się drogą 93 w stronę przeprawy promowej. Przed przeprawą promową, na skrzyżowaniu skręcamy w prawo. Mijamy jednostkę wojskową i dalej kierujemy się wąską drogą.

Dojeżdżamy do skrzyżowania przy prywatnej posesji - o ile pamiętam posiada ona tabliczkę "ranczo". W lewo droga prowadzi do tzw. betonki, a droga wprost do budynku Urzędu Morskiego, przy którym znajduje się parking. Tutaj musimy pozostawić nasz pojazd. Dalej obowiązuje zakaz ruchu w obu kierunkach. Istnieje jeszcze droga pożarowa prowadząca przez las.

Przed nami rozpościera się Kanał Piastowski. Ten fragment kanału został wybudowany w latach 1876-1888. Wybudowanie tego odcinka wiązało się z poprawieniem żeglowności pomiędzy wyspami Uznam i Wolin. Wzdłuż kanału zostało położone umocnienie brzegu oraz droga wykorzystywana przez Urząd Morski w Szczecinie - jako droga techniczna (?). Droga ta spełnia idealne warunki do przemieszczania się rowerami. Wyłożona betonowymi płytami zachęca również do pieszych spacerów oraz nadaje się do jazdy wózkiem dziecięcym.



Połowa września. Wymarzona pogoda. Słońce, lekki wiaterek, ciepło. Idziemy wzdłuż kanału, gdzie, co jakiś czas stoją urządzenia nawigacyjne. Dla starszego syna jest to atrakcja. Kilkadziesiąt metrów dalej oglądamy jedno z takich urządzeń nawigacyjnych - wieżę, która swoim wyglądem przypomina latarnię morską. Dookoła szum drzew, plusk wody rozbijającej się o kamienie na brzegu. Woda jest bardzo spokojna. Dochodzimy do miejsca gdzie mieszkańcy lubią rozpalać ogniska, grillować, łowić ryby. Do tego miejsca można [ale czy wolno?] dojechać samochodem wspomnianą wcześniej drogą pożarową.


Po przeciwnej stronie widzimy dom, przy którym kręcono sceny do filmu "Diamenty pani Zuzy" w reżyserii Pawła Komorowskiego. Jeżeli ktoś wie coś więcej na ten temat, uprzejmie proszę o pomoc w udzieleniu jakichkolwiek informacji.


I to by było na tyle. Poddaliśmy się. Przeszliśmy się około 1.5 km. Nie było to wynikiem lenistwa czy też zmęczenia, ale tym, że nie mieliśmy wody, jedzenia. Widok, jaki mieliśmy przed sobą to bardzo długi odcinek drogi. Sami, bez dzieci, może pokonalibyśmy ten dystans. W miejscu gdzie się zatrzymaliśmy widać wejście / wyjście Kanału Piastowskiego. Wydaje się to niedaleko. Nie wiemy jednak, jaki jest to dystans i ile może zająć nam jego przejście, bo Google Maps nie widzi tej trasy! Spróbujemy jutro, a dziś zrobimy zakupy, przygotujemy prowiant.

Dzień drugi - niedziela. Podejście drugie do szlaku. Woda, prowiant, ciepła odzież - wszystko w plecaku. Groźne bojowe miny, okrzyki zachęcające do walki z tą trudną wyprawą. Po prawdzie to krzyczał tylko Franek, bo się cieszył. Antek biegał dookoła auta - zbierał jakieś patyki, ogólnie zachowywał się jakby był w swoim naturalnym środowisku, czyli jak dzikus. Wchodzimy na znaną nam już z wczoraj drogę. Dziś jest o wiele cieplej niż wczoraj. Wiatr wydaje się być mniejszy. Więc, po co nam te bluzy?




Po drodze mijamy rowerzystów. Co pewien czas kanałem przepływa statek towarowy, motorówka, kuter rybacki. Jednak, przeważa ilość żaglówek. Młodszy syn na widok przepływających statków krzyczy z radości i pokazuje palcem - cieszy go bardzo widok czegoś tak dużego i pływającego. Widzimy, żenatura jeszcze nie odpuszcza, natrafiamy na kilka chabrów, żółte kwiatki zwane lwimi paszczami oraz mnóstwo pnączy chmielu z szyszkami. Po prawej stronie kanału widzimy rowerzystów, wędkarzy.


To chyba jest chmiel?

Znajdujemy się na wysokości Bożyc, gdzie jest przystań łodzi policji wodnej. Przed nami cały czas ten sam widok, czyli prosta droga i skraj drzew świadczący o tym, że w oddali znajduje się koniec drogi. Nie jesteśmy jeszcze zmęczeni, ale cały odcinek drogi wydaje się być trochę monotonny. Dlatego też zajmujemy się rozmową i wspominaniem wcześniejszych naszych przygód.

W oddali widać okolice Lubina.

Po około 3 kilometrach kończy się betonowa droga, a rozpoczyna leśna ścieżka. Dostrzegamy, że jest dość uczęszczana i rozjeżdżana przez samochody. Na tym etapie spacer stał się bardzo trudny. Musieliśmy przeciągać wózek po piaszczystych koleinach przez około 1.8 km. Wytrwaliśmy i dotarliśmy do tzw. mijanki, czyli punku nawigacyjnego - zielonej latarni. Przed nami jeszcze tylko 600 m falochronu i dotrzemy do najdalej wysuniętej na południe części wyspy uznam.


Stoimy obok "ostatniego" punktu nawigacyjnego. Dookoła nas jest już tylko woda Zalewu Szczecińskiego. W oddali widać ląd i majaczące miasta i wioski. Tutaj niezbędna jest lornetka. Na wodzie delikatnie kołyszą się żaglówki, kutry rybackie i małe łodzie wędkarzy. W tym miejscu jest jeszcze ciepło mimo chłodnego wiatru. Kilka stopni Celsjusza mniej i już nasze dodatkowe odzienie okazałoby się niezbędne.

Falochron miał być miejscem gdzie chcieliśmy zrobić sobie piknik. Niestety całe podłoże jest zaminowane przez ptasie odchody. Wszędzie biało... Z tego powodu wracamy pod mijankę i tam siadamy na kamieniach. Cieszymy się kanapkami, ciepłą herbatą i kawą. Obok nas starszy pan łowi ryby. Co jakiś czas słychać cykanie kołowrotka, plusk wody i delikatny szum wiatru. Po drugiej stronie kanału Franek dostrzega mijankę koloru czerwonego - jest tym strasznie zaaferowany. Jeszcze nie umie mówić, ale sylabizuje, pokazuje palcem i się śmieje. Po chwili dociera do nas, że na szczycie mijanki znajduje się antena radaru, która się obraca. No tak, czerwony domek ma "śmigiełko".


Widok na  I Bramę Torową w Świnoujściu-Stawa

Nabieramy sił odpoczywając i posilając się. Idealne miejsce na rozbicie namiotu i nocleg - myślimy. Nie dziwi nas, że tak wielu wędkarzy wybiera to miejsce na łowienie ryb. W tym miejscu nie słychać zupełnie nic oprócz szumu wiatru - wydaje się to być aż nienaturalne.

Niestety czas na nas. Jest godzina 12.30 a przed nami powrót tą sama (długą) drogą. Nie ma skrótów, nie ma autobusu, ani taxi [Łukasz: nie ma jak wezwać pogotowia górskiego, bo rozbolały nóżki]. Do pokonania prosty, wręcz odrysowany linijką, szlak powrotny do samochodu. Tym razem w kierunku powrotnym spotkała nas miła niespodzianka. Przy ścieżce, w lesie, zauważyliśmy dziką jabłoń. Większość jabłek była wielkości piłeczek ping-pongowych, niektóre trochę większe. Nie muszę chyba mówić, że kilka wylądowało w naszych brzuszkach? Nie ukrywam, że te owoce postawiły nas na nogi bardziej niż kawa. Nawet Antek był tak zachwycony smakiem owoców, że zjadł kilka. Widać stosuje nie tylko dietę dr. Etkera.

Droga powrotna. Długi, prosty odcinek.

Wcześniej w tekście podawałem odległości, jakie pokonywaliśmy na trasie. Wynika to z tego, że pisząc ten tekst sprawdziłem na mapie, jakie odcinki pokonaliśmy. Zmęczeni pakowaliśmy się do samochodu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy ile przeszliśmy kilometrów. Teraz sumuję i sprawdzam wszystko i wiem, że w jedną stronę pokonaliśmy 5.6 km w około 2.5 godziny. To, co mnie zaskoczyło to fakt, że po przejściu tego dystansu nie byliśmy aż tak bardzo zmęczeni (jak na nasze możliwości). Dwanaście kilometrów, które pozwoliły nam na miłe spędzenie weekendu.

Na marginesie:
Krótka wzmianka dotycząca tzw. betonki. Z tego, co mi wiadomo jest to poniemiecki punkt przeładunku amunicji. Obecnie jest to ulubione miejsce wędkarzy. Zaskoczył mnie jednak fakt, że na mapie Google, miejsce to jest oznaczone przez ikonkę ze sztućcami. Kiedyś znajdowało się tam drewniane zadaszenie, ławki. Wszystko to przypominało miejsce do piknikowania. W mojej ocenie jest to jedno z najbrudniejszych miejsc na terenie wyspy Uznam. Butelki po płynach samochodowych, worki ze śmieciami, opakowania po żywności, resztki ryb po wędkowaniu, żyłki wędkarskie, potłuczone butelki po piwie. Wszystko to, co tam można zastać mówi wyraźnie, że nie jest to miejsce nadające się do spożywania posiłków...

środa, 12 września 2018

Zalesie - muzeum wyrzutni V3

- Tam była kiedyś wyrzutnia V2! - Nie, tam była wyrzutnia V3! Wszyscy wiedzieli, że coś się tam znajduje, ale mało kto wiedział co TAM naprawdę mogło być. Były wielkie betonowe schody jakby dla olbrzyma. W czasach kiedy nie było internetu, obiekty militarne były owiane tajemnicą, wszelkie informacje na ich temat były wręcz niemożliwe do zdobycia, a ludzie, którzy wiedzieli cokolwiek na ich temat milczeli. Dziś internet stał się powszechny, a informacje o  poniemieckich bunkrach nie są owiane tajemnicą. Osoby, które wiedziały i widziały co się działo w takich miejscach, przestały się bać i zaczęły  głośno wspominać czasy wojny.

Dziś już wiemy co znajdowało się w Wicku-Zalesiu. Obiekt, mylnie nazywany wyrzutnią V2, okazał się być działem V3. Jedna z kilku tajnych broni Hitlera. Działo V3 nie było standardową armatą. Jej konstrukcja opierała się na lufie, o długości 130 m, wzdłuż której zostały zamontowane dodatkowe silniki rakietowe napędzające pocisk. Ze względu na wygląd została ona nazwana Tausendfüßler (niem. Stonoga).

Prędkość wylotowa takiego pocisku z założenia mogła wynosić ok. 1500 m/s. Mogła osiągać zasięg 165 km. Ze względu na bardzo wolne "przeładowanie" działa, planowano zbudowanie baterii 25 takich dział, które mogłyby oddać 300 strzałów na godzinę. Niestety (albo i stety) działo było niesterowne przez co namierzanie wybranego celu było niemożliwe. Dlatego w trakcie budowy zakładano, ze działa mają być skierowane w kierunku Londynu. Te znajdujące się w Zalesiu pod Międzyzdrojami skierowane są w kierunku północnego-wschodu, co sugeruje, że były tylko poligonem doświadczalnym.

Obiekt usytuowany na pagórkach pod Międzyzdrojami był tylko i wyłącznie poligonem. Na mapie określiłem prowizorycznie zasięg oraz kierunek ustawienia dział. Z moich prowizorycznych obliczeń wynka, że pociski mogły lądować w okolicy Darłowa i Ustki. Szukam informacji i znajduję wzmiankę, że pociski miały lądować za Kołobrzegiem. Oczywiście poniższa mapa jest poglądowa. [Łukasz: starałem się! bardzo się starałem! ładnie wyszło?]


O historii działa V3, Zalesia oraz okolic możecie posłuchać bezpośrednio od pani przewodnik. Polecam osobiście odwiedzenie tego miejsca. Nie tylko ze względu na sam bunkier-muzeum, ale też szlaki piesze i rowerowe. Zarówno wyspa Uznam jak i Wolin oferują kilometry takich szlaków.


Trochę o naszej przygodzie:

Powiem coś, co może się wydać śmieszne. Ale byliśmy tam pierwszy raz dopiero w 2018 r. Naprawdę to pierwszy raz byłem w tym miejscu w szkole podstawowej. Widziałem te konstrukcje z okna autokaru. Punktem docelowym miało być Jezioro Turkusowe. Więc, takie "zwiedzanie" raczej się nie liczy.

Do tej pory przejeżdżaliśmy obok tego miejsca, również jadąc nad Jezioro Turkusowe czy na Wzgórze Zielonka. Historia lubi się powtarzać. Dopiero teraz, po 30 latach mieszkania w tym rejonie, zebraliśmy się i podjechaliśmy do muzeum Bunkier V3.

Muzeum znajduje się we wsi Wicko, które leży niedaleko Międzyzdrojów. Wieś położona nad jeziorem Wicko Wielkie. Miejsce, na którym znajdują się pozostałości działa to Pagórki Lubińsko-Wapnickie. Pasmo Wolińskie to część moreny czołowej, czyli pozostałości po lodowcu [Łukasz: tak Izabelcia, napisałem to! m-o-r-e-n-a c-z-o-ł-o-w-a]. Sam widok "górzystych" terenów robi wrażenie. Najpiękniejszy widok można podziwiać jadąc ze Świnoujścia drogą nr E65.

Dojeżdżamy na miejsce. Przed muzeum znajduje się pokaźnych rozmiarów parking. Dla gości muzeum jest bezpłatny. Zabieramy dzieciaki, sprzęt foto i uśmiech na twarzy i biegniemy pod drzwi muzeum. Konkretnie to pod stalowe furty, za którymi kryje się ekspozycja. Wewnątrz zastajemy jedno pomieszczenie pełne eksponatów. Repliki broni, hełmy, oprzyrządowania, różnego rodzaju zdobycze, które pozostały po wojnie. W sali jest też makieta działa, rysunki wyjaśniające jej działanie oraz mnóstwo zdjęć związanych z tą konstrukcją i historią Wicka i okolic.
 

Pani przewodnik opowiada nam historię, która dotyczy nie tylko samego działa ale i tego co działo się ze starą cementownią i co stało się w Jeziorze Turkusowym. Ale o tym to posłuchacie na żywo, kiedy już odwiedzicie muzeum. Nie będziemy zdradzać wszystkich tajemnic.

Po wyjściu na zewnątrz robimy sobie kilka zdjęć m.in. w budce wartowniczej, planszy z karykaturą żołnierza lecącego na pocisku V3. Oglądamy model działa V3 oraz przeciwlotnicze działo okrętowe AK 230. Na dachu bunkra znajdują się stoliki oraz model działa.
 

Samo zwiedzanie bunkra to nie wszystko. Jest jeszcze szlak turystyczny prowadzący nas przez 4 stanowiska gdzie stały wyrzutnie. Zaraz za budynkiem znajdują się schody, które prowadzą na pagórek. Podejście wymaga trochę wysiłku, ale każdy da radę.




Po pokonaniu schodów ruszamy przed siebie. Pierwsze stanowisko to tylko oznaczony punkt - tabliczka. W tym miejscu stała lub miała stać konstrukcja. Prawdopodobnie została całkowicie rozebrana lub nigdy nie wybudowana. Dalej są kolejne 3 stanowiska, po których pozostały betonowe konstrukcje - "wielkie schody dla olbrzyma"..






Szlak prowadzi w dwóch kierunkach. W stronę Międzyzdrojów, około 6.5 km oraz w stronę Jeziora Turkusowego i Wzgórza Zielonka, około 5 km. Wytrwali mogą ruszać dalej szlakiem. My przystajemy na chwilę o podziwiamy jak pomiędzy drzewami przebija się piękny widok na jezioro Wicko Wielkie. Wśród drzew, w kilku miejscach, widać majaczące betonowe konstrukcje. Przysiadamy na chwilę na ziemi i wsłuchujemy się w odgłosy przyrody.



Mniej wytrwalsi wracają w stronę muzeum. Ale uwaga! Ciekawostka! Wracając na parking lub jeszcze przed wejściem na szlak, udajcie się drogą w stronę Lubina. U podnóża pagórka znajduje się fragment stalowej konstrukcji. W tym miejscu zaczynało się działo.

Osobiście nie korzystaliśmy, ale na terenie muzeum znajduje się bufet/kantyna oraz sklep z pamiątkami. Goście mogą zamówić grochówkę wojskową, gulasz frontowy, zapiekankę generała i flaczki sapera - same nazwy zachęcają do zjedzenia. Nas zachęcają do powrotu w przyszłym sezonie wakacyjnym. Oczywiście jest też coś słodkiego, czyli lody, napoje oraz kawa i herbata. Można się posilić i dać odpocząć zmęczonym nogom podziwiając przy tym widok na jezioro Wicko Wielkie.


Kilka stron do obejrzenia:
http://www.bunkierv3.pl/
http://www.wolinpn.pl/upload/Mapa_turystyczna.pdf

wtorek, 11 września 2018

Słopanowo - hurek w kościele pw. św. Mikołaja

Łukasz: Zacząć od historii kościoła, czym jest hurek, czy od opisu samej wycieczki? Od czegokolwiek bym nie zaczął to wszystko wymaga wyjaśnienia.

Czym jest ów hurek? To nic innego jak diabeł. W dzieciństwie w moje ręce wpadła książka, z czerwoną okładką. Tytułu już nie pamiętam, ale dotyczył on diabłów w kulturze regionalnej. Książka zawierała zdjęcia rzeźb, figurek, itp. przedstawiających różnego rodzaju diabły. Owe postacie zostały ochrzczone przeze mnie hurkami. Podobno była to moja „ulubiona” książka… Bodaj rok wstecz, będąc w domu Babci znów natrafiłem na tą książkę, ale nie wywołała nadmiernej rzewności. Raczej uśmiech i wspomnienie podparte opowieściami o młodym człowieku zafascynowanym obrazkami tejże książki.

Hurek był jednym z powodów, dla których udaliśmy się w drogę do Słopanowa. Byliśmy wtedy na urlopie w okolicy Wronek. Ponieważ to miasto znaliśmy już w całości, wzdłuż i wszerz, zaczęliśmy zataczać kręgi dookoła. Zwiedzaliśmy, co się tylko da. Okolice Wronek, powiatu szamotulskiego, są pełne pięknych widoków. Na uwagę zasługują chociażby zakola rzeki Warty [Łukasz: tak Izabelcia, tak, wiemy są przepiękne].

Odwiedzanie rodzin od strony żony, rozrzuconych po całej okolicy, częściowo przyczyniło się do podziwiania widoków oraz odznaczania na mapie kolejnych zabytków, które mieliśmy okazję podziwiać. Podobnie było ze Słopanowem. Tutaj powinna się wypowiedzieć Izabelle, bo nie chcę skłamać. Jechaliśmy tam, bo masz tam rodzinę, czy ktoś się tam urodził z rodziny, czy jakaś inna historia miała tam miejsce?

Izabela: Cała rodzina z pokolenia na pokolenie od strony mamy, pochodzi ze Słopanowa i okolic (Obrzycko, Kobylniki, Szamotuły). Rodowici Wielkopolanie.

Łukasz: No, to teraz już wiecie, po co tam jechaliśmy. Wtedy jechaliśmy jeszcze we dwoje. Zgodnie z datą, którą odczytałem ze zdjęć, 13 sierpnia 2011 r., wynika, że nie było mowy o dzieciach. Był to etap planowania powiększenia rodziny. Ale nic straconego, bo jeszcze nie jeden raz wrócimy w te strony i pokażemy Antkowi i Frankowi gdzie szwendali się rodzice.

Od Wronek do Słopanowa dzieli nas około 14 km. Dojeżdżamy w około 20 minut. Zatrzymujemy się przed kościołem. Uwielbiam takie widoki. Piękny drewniany budynek w otoczeniu gęstej zieleni. Drewno wywołuje w człowieku pozytywne odczucia. Wiem, brzmi to, jakoś tak, pseudo-poetycko. Ale faktem jest, że drewno w przeciwieństwie do betonu jest „milsze dla oka”. Osobiści uwielbiam budowle z drewna i cegły i zawsze stawiam je ponad betonem. Lubię też stare stalowe nitowane konstrukcje.




Tu stoimy przed pięknym budynkiem. Mimo, że z zewnątrz nie jest on bogato zdobiony, pełen kolorowych witraży, z to wewnątrz zaskakuje nas piękno polichromii, zdobień i zapach drewna. Ciężkie acz małe drewniane drzwi prowadzą wprost do głównej nawy. Wewnątrz widzimy przygotowania do ślubu. Przyozdobione ławy i fotografowie przygotowujący sprzęt. Nas jednak interesuje samo wnętrze kościoła. Niestety wewnątrz obowiązuje zakaz wykonywania fotografii przy pomocy lampy błyskowej. Przez długi czas naświetlania i brak statywu część zdjęć okazuje się bardzo ciemna i wymaga późniejszej korekty.




Niemalże każda ściana przyozdobiona jest poligrafią. Opisują one wydarzenia biblijne oraz te z życia świętych takich jak Wawrzyńca, Szczepana, Piotra i Pawła oraz patrona kościoła św. Mikołaja. Na suficie widzimy wizję Trójcy Świętej. Pod antresolą, tam gdzie znajduje się chór i organy, widzimy najbardziej intrygujące malowidło. Trudno uwierzyć własnym oczom. Wizerunek hurka - diabła. Malowidło przedstawia diabła piszącego po zwierzęcej skórze. Spisuje grzechy karczmarki. Werdykt spisany obok karczmarki mówi wyraźnie: „bo nie dolewała”.


Próbowałem odczytać resztę grzechów, ale większość jest nieczytelna (jak dla mnie). Lewa strona płótna jest nieczytelna. Prawa lista faktycznie przedstawia listę grzechów. W miejscach gdzie nie udało mi się odczytać lub nie byłem pewien znaczenia danego słowa czy znaku wstawiłem znak #.

Spał 1 za
Gadał3000 za
Niemodlenie # za
Śmiał się 4000
Obmawiał 500
Bluźnił #000

Dalej są trzy linijki tekstu już nieczytelne. Niestety brak znajomości staropolskiej mowy pokonał mnie. Zagadkowe wydaje się tez być słowo Bluźnił – wydaje mi się, że jest ono zapisane z jedną z rosyjskich liter mianowicie „З”, czyli „z”. Nie znalazłem wzmianki o pochodzeniu autora polichromii, ale śmiem przypuszczać, że nastąpiło wymieszanie dwóch języków. Może i teoria dość naciągana, ale czy nie jest prawdopodobna? Znaczyłoby to, że wspomniane słowo zostało zapisane, jako „Bluзniet” lub „Bluзnieł”.






Idąc dalej tym tropem przeglądam mapy z najważniejszych dat związanych z budową i remontami kościoła, 1695 – powstanie kościoła, 1862-1866 – remont kościoła, 1953 – konserwacja polichromii, 1989-1991 – gruntowny remont. Mimo ważnych dat na kartach historii, nie udało mi się przedstawić faktu, że owe ziemie mogły być bezpośrednio pod władzą rosyjską. Odrzuciłem też teorie związane z działaniami władz sowieckich na terenie Polski w okresie powojennym i tzw. komunizmu. Może komuś z was uda się rozwiać moje wątpliwości?

6 września 2018 - Pokusiłem się o napisanie mail'a do ks. proboszcza parafii w Obrzycku. Otrzymałem informację, że moje wątpliwości przekaże do konserwatora zabytków. Postaram się cierpliwie czekać na odpowiedź.

12 września 2018 - Czekałem około tygodnia, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Zamieszczam wpis. Jak odpowiedź nadejdzie to ją dodam.