Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powiat lwówecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powiat lwówecki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 czerwca 2018

Urlop 2018 - stary poniemiecki separator w Rębiszowie

Podczas wycieczek po okolicach Pogórza Izerskiego, co jakiś czas między drzewami pojawiała się w oddali tajemnicza betonowa budowla. Od początku obstawialiśmy, że jest to poniemiecki wynalazek. Nie myliliśmy się. Dowiedzieliśmy się, że jest to poniemiecki separator. Mimo szczątkowych informacji postanowiliśmy obejrzeć z bliska tę budowlę.


Ponieważ wyszukiwanie w Google wg haseł takich jak "poniemiecki separator Rębiszów" spełzły na niczym, szukałem dalej tylko i wyłącznie po starych fotografiach Rębiszowa i po niemieckojęzycznej nazwie wsi. Wszechwiedząca Wikipedia również nie zawierała informacji na temat tejże budowli. Jednak po dłuższych poszukiwania udało się! Na pierwsze fotografie natrafiłem na stronie fotopolska.eu.


Wśród fotografii natrafiłem na kopię czegoś co przypominało ulotkę reklamową lub wzmiankę z gazety. Taki zbiór informacji był już zadowalający.


Starałem się w miarę rzetelnie przetłumaczyć powyższy tekst. Słowa, których nie mogłem odnaleźć w słowniku, a które słownik internetowy przetłumaczył dość dziwnie, podkreśliłem. Jednakże mam nadzieję, że poniższe tłumaczenie, choć w niewielkim stopniu, oddaje sens tekstu artykułu.

Basaltwerk Rabishau G.m.b.H
Siedziba w Hirschbergu na Śląsku
Starostwo Powiatowe
Fabryka bazaltu w Rabishau została wybudowana w 1925 roku przez Provinzialverband Brandenburg i powiaty Hirschberg, Glogau, Löwenberg. Zdegradowany bazaltowy obszar Wickenstein [tak nazywało się wyrobisko Stary Łom] i Brandberg leży u podnóża Gór Izerskich w pobliżu Rabishau. Zdegradowany twardy bazalt ma według oficjalnych świadectw badania Państwowego Urzędu Badań Materiałów wytrzymałość na ściskanie wynoszącą 3600 kg na klejnot [tu chyba chodzi o jakąś wielkość próbki]. Jego zdolność absorpcji wody wynosi 0,24%. Kamień jest całkowicie odporny na mróz.


Od zerwania surowiec jest transportowany kolejką linową do żwirowni niedaleko stacji Rabishau. Żwirownia wyposażona jest w najnowocześniejszy park maszynowy. Zakład produkuje rocznie około 150 000 l balastu i 50 000 ton piasku i piasku. Produkowany jest żwir dla administracji Reichsbahn, a także żwir o wielkości ziarna 30/40 mm, 10/50 mm i skrobak naprawczy w rozmiarze ziarna 30/19 mm., Gruboziarniste odłamki o wielkości ziarna 15/30 mm, drobny żwir dla dróg bitumicznych o uziarnieniu 5/15 mm i piasek w uziarnieniu 0/5 mm. Zakład dostarcza również nie-akcjonariuszom.

Tyle w kwestii zaspokojenia wiedzy historycznej. Obszerny artykuł na temat kopalni i wydobycia kruszców w Rębiszowie poczytacie na oficjalnej stronie internetowej społeczności wsi Rębiszów. Obecnie separator jest nieużywany. Obok niego znajduje się pierwszorzędna linia kolejowa nr 274 relacji Wrocław Świebodzki – Zgorzelec. Kolej przejeżdża bezpośrednio pod "rękawami", do których wjeżdżały wspomniane kolejki linowe.


Jak działa taki separator? W większości przypadków zasada działania jest bardzo podobna. Przypomina to przesiewanie piasku w piaskownicy. Dziecko przesiewa piasek przy pomocy sitka. Po przesianiu piasku zawsze w sitku pozostają kamienie. W separatorze jest podobnie z tym, że jest kilka sit i każde ma inny rozmiar oczek. Weźmy dla przykładu rozmiary kamieni z tłumaczonego wcześniej tekstu. Pierwsze sito przesiewa piasek i drobne kamienie pozostawiają tylko te duże o rozmiarze 30/40 mm. Kolejne sito zatrzymuje kamienie o rozmiarze 19 mm, kolejne o rozmiarze 15 mm. Ostatnie zatrzymuje najdrobniejsze kruszywo o rozmiarze 5 mm.
 

Segregowane kruszywo jest zsypywane bezpośrednio do wagonów kolejowych. Opis jest laicki, ale mam nadzieję, że choć trochę udało mi się zobrazować zasadę działania takiego ustrojstwa.


Do separatora dojazd jest banalnie prosty. Droga też nie nastręcza problemów. Samo zwiedzanie woleliśmy odbyć tylko z zewnątrz. Mimo, że jest to budowla betonowa i wytrzyma jeszcze kilkadziesiąt lat, albo i dłużej, to jednak w środku znajduje się wiele niebezpiecznych elementów. Nietrudno się domyśleć, że takie miejsca padają ofiarą złomiarzy, co powoduje, że takie miejsca stają się niebezpieczne.


Portale internetowe godne polecenia:
fotopolska.eu
Oficjalna stronie internetowa społeczności wsi Rębiszów 

piątek, 15 czerwca 2018

Urlop 2018 - Planowanie zwiedzania? Po co to, komu? cz.7 - Młyn w Grudzy

Po zwiedzaniu zamku Gryf mieliśmy kierować się w stronę noclegu - agroturystyki Izerski Potok. Niestety dziwnym trafem, przed samym zjazdem do Przecznicy, jakoś tak dziwnie, niechcący, ot jakiś dziwny traf chciał, że nie przegapiłem skrzyżowanie. Starszy syn od razu zwrócił uwagę, że ominęliśmy zjazd do Przecznicy. Generalnie dziecka nie oszukasz. Próbowaliśmy grać w grę pt. "chyba coś ci się pomyliło". Staraliśmy się wmówić mu, że to nie ta miejscowość. Niestety syn nie dał się przekonać. Doskonale zapamiętał drogę powrotną do Izerskiego Potoku.

Obiecaliśmy mu, że dziś jest to już ostatnia atrakcja, jaką mamy w planach. Ale ta powinna mu się spodobać. Nie mówiliśmy mu, co jest celem. Wiemy jednak jak bardzo lubi wiatraki. Mieliśmy nadzieję, że się ucieszy.

Okazało się, że ruiny wiatraka w Grudzy nie są oznaczone jakimkolwiek drogowskazem. W miejscu gdzie należy zjechać z głównej drogi ustawiona jest zielona tabliczka prowadząca do największej gruszy. Śmieszne jest to, że mimo tabliczki jakoś tej gruszy nie widzieliśmy... Wiatrak również jest ukryty bo znajduje się za gospodarstwem, który przesłania go tak, że nie jest widoczny z głównej drogi.


Lokalizację młyna zaznaczyłem czerwonym kółkiem na mapie powyżej.


Młyn jak już napisałem stoi zaraz przy gospodarstwie. Widzimy, że oprócz kamiennej konstrukcji nic po młynie nie pozostało. Mamy jednak nadzieję, że w środku coś znajdziemy. Najmniejsze ślady po starym mechanizmie. Rozczarowujemy się.


Przez zabite deskami otwory zaglądamy do środka. Młyn wewnątrz zarasta drzewami.


Obchodzimy młyn dookoła. Widzimy jakieś wejście poniżej poziomu terenu. Mur przy którym ktoś wyrzucił jakieś siano.



Niedaleko od miejsca gdzie zaparkowaliśmy samochód widzimy niewielki cokół. Tak na początku myśleliśmy, że to co widzimy to cokół. Okazało się, że w okolicy jest ich mnóstwo i są to monumenty upamiętniające różnego rodzaju ważne wydarzenia. Doczytałem, że były to nawet i objawienia.


Urlop 2018 - Planowanie zwiedzania? Po co to, komu? cz.6 - Zamek Gryf

Z Lubomierza, lądujemy koło zamku Gryf…

[Muszę to napisać! Po niemiecku zamek Gryf nosi nazwę  Greiffenstein - brzmi groźnie! Coś jak słynny z gry komputerowej zamek Wolfenstein! Się grało...]

Nie wiem, od czego zacząć. Może od tego, że zanim wyruszyliśmy na zwiedzanie ruin, odradzano nam to. Pierwsze to cena biletu, która przewyższała walory obiektu. Drugie to fakt, że zamkiem zarządza podobno jakaś „sekta”. Wtedy jeszcze nie sprawdzałem dokładnie, w jakiej sytuacji obecnie i na przestrzeni ostatnich lat, znajdował się zamek. Teraz, kiedy piszę ten tekst jeżą mi się włosy na głowie.

Zamkiem zarządzała jakaś fundacja katolicka. Dziwne historie związane z montażem anten. Ogólne niezadowolenie z działań fundacji ze strony zwiedzających oraz miłośników zabytków. Czytając KRS (http://www.krs-online.com.pl/msig-4307-237911.html) na temat fundacji, również można doczytać się ciekawych informacji. Jakieś dziwne wpisy na temat działalności budowlanej… bardzo dziwne. Pomijając aspekty (bez) prawne i niezliczone przeczytane artykuły na temat losów zamku. Jesteśmy świadkami takiej zabawy, której efektem jest obecnie zrujnowany obiekt zabytkowy.

Tak jak wspomniałem, zanim tam dojchaliśmy mieliśmy informacje o drogich biletach i jakiejś „sekcie” religijnej. Niezrażeni tym pojechaliśmy wprost z Lubomierza w stronę Proszówki. Nie zaskoczę Was tym, jeżeli powiem, że do zamku nie prowadzą żadne tablice informacyjne.

Jak dojechać do Gryfa? Jedziemy DW361 do Proszówki. Szukamy takiego oto widoku jak na zdjęciu poniżej. Akurat to jest widok, gdy jedziemy od strony DK30 lub Radoniowa. Sami widzicie, zdjęcia pochodzą z Google Maps z 2012 r., moje pochodzą z 2018 r. i na żadnym nie widać tablic informujących o zamku. Dlatego jechaliśmy bardzo powoli, aż bystre oko wypatrzyło mury budowli majaczące za zaroślami.



Zatrzymaliśmy się na piaszczystej wysepce. Podeszliśmy do furtki, która jest zdewastowana. Drewniane szopy, które miały być chyba kasą biletową, zamknięte. Wchodzimy dalej? Dlaczego nie? Skoro jest to zabytek, a my nie mamy na celu nic niszczyć – raczej nie mamy się, czego obawiać. Nazywać to wtargnięciem na prywatną posesję? Obiekt wpisany do rejestru zabytków, prywatną posesją? Liczyliśmy na spotkanie z opiekunem lub jakimś psem.  Ale takowych nie było. Czytaliśmy o jakimś specyficznym opiekunie na różnych forach internetowych, ale i takowego nie było.

Doszliśmy do czegoś, co imitowało drewnianą bramę – współczesna konstrukcja wymazana sprejem.


Przechodzimy przez pasaż, między dwoma długimi murami, gdzie na końcu stoi brama zamku. (Nie znam się na konstrukcji zamków, więc przepraszam za słownictwo. Mile widziane poprawki i sugestie.). Brama jest podwójna, a za nią dziedziniec. Wszystko zarośnięte krzakami, drzewami, bluszczem. Kręcimy się trochę po dziedzińcu, wchodzimy po schodach i dochodzimy do podstawy baszty gdzie trafiamy na jakiś „korytarz”. Wszędzie jakieś współczesne furtki, drzwi – oczywiście otwarte.


Informacje z for internetowych dotyczące drewnianych szop na zamku okazują się potwierdzone. Ktoś miał chyba nadmiar desek, bo takich budowli na terenie zamku jest kilka. Wszystkie ordynarnie połączone kablami. Ktoś nie krył się z brakiem umiejętności wplatania współczesnej zabudowy w zabytki (przypomniał mi się film „Poszukiwany, poszukiwana” z 1972 r.). Porozrzucane cegły, deski i inne materiały budowlane. Powstrzymuję się by nie wypisać kilku wulgaryzmów.


Udało się nam znaleźć wejście na wyższe poziomy zamku. Tam również trafiamy na drewniane szopy i śmierdzącą sławojkę. Doszliśmy do pomieszczenia gdzie widzimy pozostałości po ognisku, worek ze śmieciami oraz opakowanie brykietu do grilla. Ok, przyznaję rację, że ten, kto tu obozował zostawił po sobie porządek. Na ścianie widzimy wielki, drewniany krzyż. Przypomnieliśmy sobie wtedy o owej „sekcie”. Teraz stało się to bardzo wyraźne – wszędzie porozwieszane krzyże. Małe, duże, poprzybijane do drzew, murów. Pomyślałem, że gdybym nie został wcześniej ostrzeżony o pobycie fanatyków, którzy porozwieszali te krzyże, może i przeszłyby mnie ciarki.


Ze względu na to, że widzieliśmy już wszystko, co było możliwe i to, czego nie utrudniały gęste krzaki, udaliśmy się do samochodu. Po raz kolejny rozgoryczeni nieodpowiedzialnym zachowaniem ludzi oraz instytucji, którzy maja się opiekować takimi obiektami. Zastanawiamy się gdzie był konserwator zabytków, gdy dewastowano zamek? Przeczytałem, że owa fundacja opiekująca się Gryfem nosi nazwę „Idź, i ty czyń podobnie!” – po tym, co widziałem, nie chcę czynić tak jak to oni i zarządzający zamkiem uczynili…


Pewnie wyobrażacie sobie nas, jako typowych Mirków i Grażynki z reklamówkami z biedronki, w sandałach i szpilkach, wchodzących na Giewont. Wyobrażacie sobie jak idziemy i klniemy, że w Malborku, na Wieży Mariackiej i latarniach morskich nie ma wind. Rozczaruję Was, ale jest to przeciwny obraz, jaki mógłby nas opisać. Pisząc teksty wielokrotnie narzekamy. W większości na nieudolność zarządzania danymi obiektami. Boli nas fakt, że przepiękne budowle niszczeją. Marzy się nam żeby te wszystkie zabytki mogły kiedyś nasze dzieci pokazywać naszym wnukom. Staramy się idąc nawet przez takie zdewastowane zamki, robić to z uśmiechem na twarzy. Pokazujemy naszym dzieciom wszystko, co się da ukazując to, jako coś niesamowitego. Czasem trzeba udawać, ale zawsze w dobrej wierze. Oczywiście, ten tekst przeczytają kiedyś nasi synowie, ale wiem, że zrozumieją nasze intencje.


Dla nas ważne jest też to, że mamy, co wspominać. Uwielbiamy te nasze wyprawy, które jednoczą całą rodzinę

Wspólne chwile spędzone razem, czasem w pamięci, czasem na fotografiach.

Pozdrawiam. Jedziemy dalej. Kierunek – agroturystyka. Zadanie - nocleg…

Urlop 2018 - Planowanie zwiedzania? Po co to, komu? cz.5 - Lubomierz

Po zwiedzaniu Elektrowni Wodnej "Wrzeszczyn" trochę zgłodnieliśmy. O ile pamiętam to już minęła tzw. pora obiadowa. Dzieciaki przetrwały na jakiś przegryzkach i soczkach. Trzeba jednak zadbać o jakiś treściwy pokarm. Gdzie jedziemy? Może do "tego Lubomierza"? Tam kręcili film "Sami swoi" i jest jakieś muzeum. Jedziemy!

Zatrzymaliśmy się na rynku. Rozglądamy dookoła w poszukiwaniu jakiejś strawy. W "rogu" rynku zauważamy stoliki, parasole i ludzi, którzy coś tam szamają. Wchodzimy do środka, mały przegląd menu i już wiemy, że jest co zjeść. Wybieramy zupę brokułową, zestaw z gyrosem, oraz schabowy z frytkami oraz surówką. Na początku zastanawialiśmy się czy zamawiać coś starszemu. Ponieważ jest niejadkiem, doszliśmy do wniosku, że oddam mu fryty i surówkę. Jeszcze najmłodszy nie wcisnął zupy więc czekało mnie "dojadanie" (nie uważam tego za cebulactwo).


Nie jestem zwolennikiem robienia instagramowych zdjęć pt. co zeżarłem dziś na obiad, patrzcie i zazdrośćcie mi biedaki, mam kawę ze sratabaksa! Jednakże te dania zasługują na reklamę. Kotlet jest prawdziwym kotletem z panierką a nie odwrotnie. Gyros dobrze doprawiony. Frytki chrupiące. Surówki palce lizać. Nie lubię zupy brokułowej, ale ta mi bardzo podeszła.


Tego kotleta ledwo dałem radę wcisnąć... Prawie mnie pokonał, taki duży był skurczybyk!

W restauracji znajduje się krzesełko dla dzieci. Toaleta duża i bardzo wygodna. Swobodnie mieści się wózek dziecięcy co ułatwia przewinięcie dziecka. Miła i uśmiechnięta obsługa. Polecam restaurację "Gyros" w Lubomierzu!!!

Najedzeni, udaliśmy się na mały spacer po rynku. Mieliśmy zwiedzić muzeum związane z filmem "Sami swoi", ale podczas posiłku przeczytałem, że nie posiada ono zbyt wielu eksponatów. Opierając się na opinii innych postanowiliśmy sobie odpuścić tą atrakcję. Dzieciaki też nie były zachwycone tym pomysłem. Widać było zmęczenie na twarzach po tych wszystkich atrakcjach, które miały miejsce w ciągu jednego dnia.


Rynek jest bardzo ładny. Stara zabudowa, która nie została zdewastowana współczesnym budownictwem. Widzimy kilka miejsc, które były planem filmowym we wspomnianym już filmie.


Najbardziej ciekawym był dla nas dom z arkadami. Miejsce gdzie miała miejsce filmowa scena przedstawiająca targ. Jeden z filmowych bohaterów wymienia tu rower i dwa worki pszenicy na "kota, który z miasta Łodzi pochodzi".



 

Spacer po miejscu, które wcześniej widziało się na srebrnym ekranie jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Zwłaszcza, że mimo kilku małych zmian, rynek zatrzymał się w czasie. Polecam tym, którzy choć na chwilę chcą się cofnąć w czasie.

Wracamy jednak z filmowego planu do rzeczywistości. Jedziemy zwiedzać kolejne atrakcje. Może trochę zmęczeni, ale pełni satysfakcji. Po raz kolejny udało się nam spędzić miło czas.

środa, 13 czerwca 2018

Urlop 2018 - Przecznica, Izerski Potok

Pomiędzy kolejnymi wpisami z wycieczek po Pogórzu Izerskim, postanowiłem wrzucić kilka słów o miejscu gdzie nocowaliśmy.

Przecznica - niewielka wieś w powiecie lwóweckim województwa dolnośląskiego. Położona jest w Górach Izerskich i na Pogórzu Izerskim (Kotlina Mirska). Nie chcę tu rozpisywać się nad cała historią wsi. Warto jednak zaznaczyć, że znajdują się tu sztolnie po kopalniach kobaltu, rud cyny. Wieś otoczona jest laskami oraz polami, które rozciągają się do kolejnych wsi. Wydają się one ciągnąć aż po horyzont. Stojąc u podnóża wsi w oddali widać wzgórze z ruiną zamku Gryf. Wieś posiada tzw. układ łańcuchowy. Mianowicie jedna długa droga z domostwami po obu stronach.

 (tak na tym zdjęciu gdzieś jest na horyzoncie zamek Gryf)

Nocleg wybierała żona. Wybrała agroturystykę Izerski Potok. Pierwszy raz gdy przeglądałem stronę z ofertą, pomyślałem sobie, że jest to kolejna strona z barwnymi zdjęciami, zachwalająca co czeka na gości. Moje sceptyczne podejście teraz okazało się nieporozumieniem. Kilka dni po powrocie pisząc ten tekst jeszcze raz przeglądam stronę "Izerskiego Potoku". Wszystko to, co jest przedstawione na fotografiach i opisach jest szczerą prawdą.

 

Napiszę jednak coś od siebie. Po przyjeździe przywitała nas pani Agnieszka, właścicielka. Chwilę później poznajemy męża, pana Bogdana. Od początku uśmiechnięci - pytają jak minęła podróż, czy jesteśmy zmęczeni, itp. Zostajemy oprowadzeni po ogrodzie i domu. Wszystko jest zadbane, czyste. Pokój z łóżkiem dla dwojga rodziców, starszego dziecka i łóżeczkiem dla najmniejszego. Łazienka z prysznicem. Wszystko w jasnych kolorach. Przez okna wpada słońce. Widać, że do ma swoją historię. Jego konstrukcja ma już swoje lata - mur z cegły i kamienia, belki pod stropami, drewniana podłoga. Kuchnia posiada podobny wystrój. Jest przestronna, posiada ogromny stół, kuchenkę, lodówkę.


W zestawie załączony jest też kot Czarek. Czeka na gości, daje się głaskać, lubi przyjść czasem na śniadanie. Jest bardzo miły i kulturalny. Potrafi też rozmawiać na różne tematy. Ale trzeba umieć go do tego przekonać.


Dom przystosowany jest do pobytu dzieci. Posiada osobny pokój z zabawkami. Na wyposażeniu jest również wanienka do kąpieli dzieci oraz kojec, który przydaje się gdy przebywamy w ogrodzie. Tam możemy znaleźć wydzieloną część, w której rosną owoce, plac zabaw, zadaszone miejsce na grilla z piecem oraz mnóstwo zieleni.


Obok domu znajduje się Stara Kuźnia. To pracownia pani Agnieszki oraz miejsce gdzie pod jej okiem można wykonać własnoręczne dzieła z gliny. Wypalane, szkliwione, przyozdabiane stają się potem własnością gości. Jest to niesamowita pamiątka. Przyznam się, że w wielu miejscach mogliśmy zakupić wszelkiego rodzaju pamiątki, ale takie wykonane własnoręcznie mieliśmy okazję dostać pierwszy raz.

 
Więcej zdjęć znajdziecie na stronie Izerskiego Potoku.

wtorek, 12 czerwca 2018

Urlop 2018 - Pierwszy dzień, pierwszy spacer

Po pierwszej nocy spędzonej w "Izerskim Potoku" postanowiliśmy zapoznać się z okolicą. Z przecznicy zeszliśmy w dół wsi, kierując się w stronę Mlądza. Po drodze podziwiamy przepiękne widoki. Otoczeni polami uprawnymi, zabudowami wiejskimi. Gdzieniegdzie widać ruiny zabudów wiejskich. Budowane z kamienia, czasem z czerwonej cegły. Porośnięte krzakami, gdzieniegdzie wyrastają już w ich obrębie drzewa. Pięknie komponują się z otoczeniem. Nie są to współczesne rudery betonowo-azbestowe, ale leciwe budynki.


 

 

Po drodze napotykamy mnóstwo małych żabek Nie jestem herpetologiem. Nie jestem nawet betrachologiem, więc nie jestem w stanie określić jak nazywają się owe żabki. Zadziwiła nas jednak ilość owych płazów. Droga była usiana nimi na odcinku kilkudziesięciu metrów. Utrudniały przejście, ponieważ obawialiśmy się by na nie nadepnąć na którąkolwiek.



Dochodzimy do końca wsi. Końcem okazuje się być kładka-most nad potokiem Mrożynka. Obiekt jest w remoncie. Przejście przez potok na pierwszy rzut oka nie jest problemem. Płynie on w korycie ze sztucznie umocnionymi brzegami o wysokości około 1,5 m.Nie jest to przeszkoda, ale nie ryzykujemy. Zwichnięcie lub złamanie, którejkolwiek z kończyn, pierwszego dnia urlopu, raczej nie wchodzi w grę.


Google Maps twierdzi, że pokonaliśmy około 4 km. Czeka nas drugie tyle w kierunku powrotnym. Dystans nie jest duży. Jednak młodzież zaczyna marudzić. Dlatego też wróciliśmy do "Izerskiego Potoku". Pogoda bardzo nam sprzyjała. Słońce, od czasu do czasu kilka chmurek, lekki powiew wiatru. Zapach czystego powietrza, zieleni.

Po południu czekały nas zakupy, zrobienie małych zapasów i przygotowanie jakiegoś prostego posiłku na kilka dni. Wstyd się przyznać, ale zawaliliśmy sprawę w kilku punktach i zorientowaliśmy się dopiero na trasie, będąc już około 80 kilometrów od domu. Zapomnieliśmy zabrać aparat fotograficzny, obiektywy do telefonów oraz jedzenie. Iza przygotowała pyszne pulpeciki i inne pyszności, które czekały na nasz powrót w lodówce. Zdjęcia robiliśmy telefonami, jedzenie zrobiliśmy na miejscu - udało się przeżyć.