środa, 20 czerwca 2018

Urlop 2018 - powrót do domu (z Izerskiego Potoku)

Kończymy, urlop i tym samy wpisy z nim związane. Oczywiście sam rok się jeszcze nie zakończył. Dla nas nie ma pojęcia "wakacje". Każdy wolny weekend, dzień, święto wolne od pracy jest okazją do zwiedzania. Jak już wiecie mieszkamy w zachodniopomorskim, w którym jest wiele ciekawych miejsc do zwiedzenia. Mimo problemów z miejscem zamieszkania, staramy się zwiedzać jak najwięcej i zapuszczać w jak najdalsze rejony naszego województwa i dalej.

Gdziekolwiek byśmy się nie wybierali, robimy to powoli. Zawsze staramy się unikać pośpiechu. Dzień wcześniej pakujemy walizki, szykujemy ubrania na podróż, zbieramy co się da, tak by następnego dnia mieć wszystko gotowe do pakowania do auta. Znacznie ułatwia to wycieczki. Rano mamy czas by pospać dłużej, wstać i zjeść spokojnie śniadanie, przygotować prowiant na drogę.

Z żalem opuszczamy Izerski Potok. Szczerze? Atmosfera jaka panuje w tym miejscu, gościnność właścicieli, otoczenie, wszystko powoduje, że mamy chęć powrotu do tego miejsca. Zwłaszcza, że dolnośląskie nie odkryło przed nami wszystkich swoich tajemnic.

Po drodze, gdzieś pomiędzy Świebodzinem a Przecznicą, najmłodszy syn zmusza nas do zatrzymania. Pora na zmianę pieluchy. Mus, to mus. Ja też lubię czasem rozprostować nogi podczas dłuższej jazdy. Mogę przejechać 300-500 km za jednym zamachem, nie wysiadając z auta ani razu. Jednak przy Izabeli i dzieciach nauczyłem się, że takie maratony nie mają racji bytu. Zawsze po drodze jest coś do zwiedzenia. Nasze trasy nigdy nie idą "w linii prostej".  Poza tym, dobrze jest wypuścić, podczas długiej jazdy, dzieciaki na jakiś plac zabaw - zapobiega to marudzeniu podczas jazdy.

W miejscu gdzie się zatrzymaliśmy (na prawdę nie pamiętam gdzie to było), zauważamy dziki sad. Zniszczony dom, brak ogrodzenia, wysoka trawa i drzewa pełne wiśni (czy czereśni?). [Łukasz: Iza, co to było? - Iza: Wiśnie...]

(szabruję... oj, bardzo...)

Udało się zebrać jeden kubek wiśni. Wystarczy. Podjedliśmy jeszcze trochę bezpośrednio z drzewa. A te zebrane owoce zostawiliśmy na kompot owocowy. Nie chodziło nam o obłowienie się. Bardziej zależało nam żeby pokazać dzieciom skąd się biorą owoce. Jak wygląda ich zbieranie i co można potem z nich zrobić (oczywiście przetwarzamy owoce w domu, ale najczęściej te ze sklepu). Mała lekcja przyrody na żywo.


Po plądrowaniu jedziemy dalej. Zahaczamy o Świebodzin i znaną już restaurację "Jadalnia". Pomnik Jezusa już widzieliśmy więc opuszczamy Świebodzin. Tak, byliśmy kiedyś pod pomnikiem. Ale to długa historia, która była związana z pewną dość ciekawą sytuacją - ale o tym jak zwykle w innym wpisie.


Dojechaliśmy do domu. Oglądamy pamiątki, przeglądamy zdjęcia. Wspominamy wszystkie nasze przygody. Oczywiście jest późny wieczór. Dzieciaki wyspały się podczas jazdy i teraz pełne energii dają się we znaki. Mam prośbę, do osób, które znają się dobrze na anatomii człowieka. Proszę, sprawdźcie gdzie znajduje się przełącznik u dzieci, który powoduje ograniczenie nadmiernej ruchliwości.

Podsumowanie? Urlop był udany. Mimo tego, że samochód zawiódł nas kilka razy, to nie możemy narzekać. Było kilka przyjemnych i mniej przyjemnych przygód. Wszystko staraliśmy się wam przedstawić i opisać w miarę poważnie, ale i z przymrużeniem oka. Mamy nadzieję, że nasze opowieści sprawiły wam choć trochę radości i komuś pomogą w podjęciu wyboru miejsca do spędzenia wakacji.

Pozdrawiamy!

wtorek, 19 czerwca 2018

Urlop 2018 - zapora Leśniańska i Obora po rewolucjach

Pamiętacie, że wyprawa do zamku Czocha trochę nam nie wyszła? Zwiedzanie skończyło się na jednym zdjęciu przed zamkiem, zakupie magnesu na lodówkę i skonsumowaniu lodów. Trochę nie wyszło...

Niestety wróciliśmy w okolice zamku. Skuszeni obejrzeniem zapory wodnej jeszcze raz udaliśmy się tymi samymi drogami, które prowadziły w kierunku Czocha. Tym razem drogowskazy i GPS nas nie zawiodły. Tak dla pewności, polecam w GPS wpisać hasła: Ośrodek Czocha-Hotel (ul. Baworowo 100A, 59-820 Leśna), Camping Plaża Czocha.

Zaparkowaliśmy przed wejściem do Camping Plaża Czocha. Parking płatny, jakieś grosze. Przywitał nas pan z psem. Porozmawialiśmy chwilę o życiu – skąd jesteśmy, jak mija urlop. Pies przyjaźnie nastawiony do dzieci. Pisałem już w innym wpisie – lepiej wydać kilka groszy za parking i mieć spokój.


Wróćmy do clou naszej wycieczki, czyli Zapory Leśniańskiej. By być troszkę bogatym o wiedzę na temat tego obiektu przeszukujemy Internet. Czytamy, że jest to zapora, która tworzy zbiornik zaporowy, w tym przypadku jezioro zaporowe, na rzece Kwisie. Budowę zapory rozpoczęto w 1901 r. i zakończono w 1905 r.


Budowla robi ogromne wrażenie. Z jednej strony jezioro, z drugiej ogromna przepaść. W dole widzimy jakiś budynek. Nad tamą hotel. Na jednym i drugim „końcu” zapory znajdują się ogromne leje. Wewnątrz nich widać i słychać pędzącą wodę.


Opis jest dość krótki. Ale przy takim obiekcie nie da się zbyt wiele napisać. Tama jest ogromna, ale jej zwiedzanie opiera się na przejściu po „koronie”, podziwianiu widoków i oglądaniu zewnętrznych elementów, mechanizmów, itp. Przecież nie będę opisywał, że staliśmy przez pół godziny i zachwycaliśmy się widokami.



Na koniec ciekawostka. Przed wjazdem na zaporę jest ustawiony znak B-1, czyli Zakaz ruchu w obu kierunkach. Pod nim umieszczona jest tablica „Nie dotyczy dojazdu do ośrodka Czocha – Hotel”. Jak traktować taki znak? Zgodnie z informacją przez most może przejechać każdy. Przecież chcę dojechać do Czocha-Hotel. Dojeżdżam i… jadę dalej. Złamałem przepisy? Cebula-najwyższy poziom.


Niedaleko za hotelem, jadąc od strony zapory, znajduje się coś, co przypomina taras widokowy. Niestety miejsce jest zaśmiecone. Butelki, puszki, ławki poprzestawiane tak, by było wygodnie „biesiadnikom”.


I teraz, chyba najważniejsza część opisu. Wydaje mi się, że niejeden z widzów znanego programu kulinarnego chciałby odwiedzić "porewolucyjną" restaurację. W naszym wypadku nie była to chęć, a raczej konieczność.

W pewnym sensie wymusił to na nas starszy syn. Zauważył drogowskaz do restauracji z reklamą "Kuchennych rewolucji". Dwa, byliśmy już trochę głodni. Od zwiedzania zapory minęło już trochę czasu.

Oglądaliśmy niejeden odcinek "rewolucji" i mieliśmy pewne obawy co do serwowanego jedzenia. Wielokrotnie właściciele przedstawiani byli w niekorzystnym świetle. Niechętni do pomysłów pani Magdy Gessler, często pozostawieni bez rekomendacji. Jakiś czas temu trafiliśmy na nowy program pt. "Kuchenne rewolucje. Powroty". W programie Charlie Daigneault odwiedza restauracje, które były prezentowane we wcześniejszych odcinkach "Kuchennych rewolucji". Ocenia podawane danie, itd.

Przed wejściem do restauracji nie kierowaliśmy się tym co było w programie. Nawet nie pamiętam czy akurat widzieliśmy wcześniej ten odcinek. Jednak po powrocie obejrzeliśmy, na player.pl, to co się działo w restauracji "Obora" w Gryfowie Śląskim.

(tak, na rachunku widnieje dawna nazwa restauracji, "Magnolia")

W trakcie naszej wizyty widzieliśmy właścicielkę restauracji, która występowała w programie (młoda pani). Sala chyba miała trochę inne kolory niż po rewolucji. Były drewniane ławy i stoły, ozdoby, zdjęcia na ścianach, itd.

Zamówiliśmy żur w bułce, placek po węgiersku, placki ziemniaczane oraz naleśniki. To co mogę powiedzieć o żurku to tylko tyle, że był dobry - jajka, ziemniaki, kiełbasa, wszystko dobre. Naleśniki dobre, ładnie podane, zachęcają do jedzenia. Placki ziemniaczane - danie, które ciężko zepsuć. Iza woli placki, ja nie lubię tego dania.

 (naleśniki)

Pora na placek po węgiersku - pamiętacie może wpis o restauracji u Bożeny w Świeradowie Zdroju? No, to w "Oborze" placek nie był tak dobry. Bardziej przypominał on duży placek ziemniaczany polany gulaszem...


Ceny nie są wygórowane. Dania w smaku są dobre. Ale oglądając teraz ponownie odcinek wspomnianego już programu, w którym pojawia się restauracja "Obora", dochodzę do wniosku, że cel pani Magdy Gessler daleko odbiega od tego co ma miejsce obecnie.

Przepraszam, ale nie lubię robienia zdjęć jedzenia. Zrobiłem to tylko na potrzeby bloga... Łamię moje zasady. W imię czego? Kilku zdjęć na bloga. Jestem załamany... Nie podniosę się z tego...

Podczas pisania bloga nie ucierpiał żaden placek!

Do zobaczenia w kolejnym wpisie!

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Urlop 2018 - "U Bożeny", czyli dobrze zjeść w Świeradowie-Zdrój

Po akcji na Izerskim Stogu, wszyscy byli bardzo głodni. Wyszukaliśmy w Internecie restaurację „u Bożeny”. Lokal znajduje się w Świeradowie Zdroju przy ulicy 11-go listopada 14. Przed wejściem parking dla aut. Niedaleko stacja paliw. Idealnie! Nakarmimy nie tylko siebie, ale też i brzuszek naszego auta. Izabelle składała zamówienie, a ja w tym czasie kupowałem kolejną bańkę oleju do silnika. Historia z autem nadaje się na wpis i antyreklamę pewnego komisu spod Szczecina.

Nie będę teraz smucił, kiedy przypomniały mi się przyjemne smaki. Zamówiliśmy placek po węgiersku dla Izy, starszy frytki oraz naleśniki, a młody zupę warzywną. Ja obrałem sobie ostatnio za cel, degustowanie żurku w bułce.

https://www.facebook.com/Restauracja-U-Bo%C5%BCeny-210817009394784/?ref=page_internal
 (zdjęcie pochodzi ze strony restauracji)

Zacznijmy od placka po węgiersku. Wiele restauracji zamiast tego dania podaje coś, co przypomina zwykły placek ziemniaczany. „U Bożenki” jest to coś, czego nie da się opisać w słowach! To trzeba spróbować samemu.

Żurek przepyszny. Widać, że wszystko, co w nim pływa jest świeże. Jajko, kiełbasa, kawałki ziemniaków. Naleśniki pyszne i pięknie, estetycznie podane, udekorowane owocami.

Lokal posiada krzesełko do karmienia dziecka.

Z resztą, kto nie spróbuje ten się nie przekona! Polecamy!

Niestety nie znalazłem zdjęć, ale będę szukał.

Urlop 2018 - kolej linowa SKI&SUN - część 3

W trakcie pisanie tej części opisu przygód z dreptania po Izerskim Stogu, znalazłem trochę pamiątek, biletów, pocztówek, itp. Kilka poprzednich wpisów zostało wzbogaconych o kilka zdjęć. Poniżej zamieszczam zdjęcie biletu z kolejki gondolowej, a w dalszej części zdjęcie pocztówki ze schroniska PTTK.


Po krótkim odpoczynku wracamy na szlak. Docieramy do słupów i znaków informujących, że opuszczamy Polskę i wkraczamy na teren Czech. Zastanawiamy się jak jeszcze daleko do obranego celu, czyli Smreka. Woda zaczyna się kończyć a prowiant, który mieliśmy to banany, kanapki, chyba jabłko i jakieś skitelsy. Oczywiście to ostatnie wystarczy dzieciakom do szczęścia.




Trafiamy na kolejny drogowskaz prowadzący w kilku kierunkach i opisujący szlaki w języku czeskim. Cel naszej podróży zaczyna być widoczny ponad drzewami. To wieża obserwacyjna. Widzimy jeszcze krzyż z figurą Chrystusa oraz tablicę oraz obelisk upamiętniające Theodora Körnera. Miejsce to upamiętnia pobyt niemieckiego poety na szczycie w 1809 r. Pomnik-obelisk został wybudowany w 1909 r.




Zmęczeni. Mimo to, wchodzimy na szczyt wieży. Przyjemny powiew chłodnego wiatru w upalny dzień. Widok, który nas otacza jest nie do opisania. Nie słychać tu szumu miasta, hałasujących samochodów, itp. Wszystko wydaje się być gdzieś daleko, nieosiągalne. Warto starać się zwalczyć wszelkie słabości by zobaczyć coś tak wspaniałego.

"You shall not pass!"



Zdajemy sobie jednak sprawę, że musimy jeszcze wrócić do przystanku kolei gondolowej. Niestety takie miejsca pozbawione są atrakcji w postaci melex’ów, czy też zajechanych do upadłości koni jak ma to miejsce przy Morskim Oku. Drogowskazy podają, że pomiędzy Smrekiem a Stogiem Izerskim jest 2.5 km, Google Maps twierdzi, że 3.5 km. W sumie, dla nas jednostką miary była wtedy ta (nasza) turystyczna, czyli „jeju, jak to daleko”.

Ten przycisk nie działa...

Czy mam opisywać powrót? Zasadniczo, nie odbyły się jakieś niespodzianki. Przypomnieliśmy sobie, że przy „dworcu kolei gondolowej” znajduje się Schronisko PTTK a w nim restauracja „Na Stogu Izerskim”. Obietnica jakieś posiłku, kawy, herbaty, bardziej motywowała nas do przejścia szlaku.

("Góry" - Antek, lat 6. - jesteśmy wyrodnymi rodzicami i za każdym razem gdy wracaliśmy z wycieczki to syn musiał rysować to co zapamiętał! potem wystawimy te rysunki na aukcji i zarobimy dużo dolarów! bardzo dużo! nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo, bardzo dużo!)

Z rozkładu wynika, że kilka minut wcześniej odjechały ostatnie gondole. Mamy, więc jakieś pół godziny na odpoczynek w restauracji. Zamawiamy nasze „nagrody” za dzielne przejście tak trudnej trasy. Dzieciaki zadowolone. Zjadamy kanapki, owoce, dopijamy kawy, herbaty. Na zewnątrz przy stolikach podziwiamy otaczające nas widoki.




Zbliża się godzina zjazdu gondoli. Koniec przygody na Stogu Izerskim. Gondola rusza, siedzimy sami, we czwórkę. Na początku, zaraz po tym jak opuszcza dworzec wydaje się zjeżdżać gwałtownie. Sprawia to wrażenie, że nabierze rozpędu i będzie pędziła ostro w dół. Oczywiście jest to tylko złudzenie i nie jest fizycznie możliwe, żeby gondola nabrała dużej prędkości. Pomińmy zasadę działania kolejki. Widok, jaki towarzyszy zjeździe kolejką jest o wiele lepszy od tego podczas jazdy pod górę. Ostatnie 12 minut (sprawdziłem, cały przejazd nagrany na filmie tyle właśnie zajął), które spędzamy w gondoli poświęcamy na zachwyt i podziwianie widoków.


Poniżej ostatnie zdjęcie ze zjazdu gondolą:


Płacimy jeszcze za parking, jakieś grosze. Pora na jakiś obiad.

Najbardziej ucieszył nas fakt, że starszy syn był zadowolony. Większość rodziców wie, jak trudno jest zainteresować dzieci, czymkolwiek, podczas rodzinnych wycieczek. Jeżeli rodzinny wypad nie obejmuje placu zabaw, basenu czy innej popularnej rozrywki, to kończy się to na marudzeniu. Na szczęście młody uwielbia muzea techniki, wojskowe, itp. Zdaję sobie sprawę, że takie łazikowanie po górach bywa męczące. Wiem, że często narzekam jak bardzo jestem zmęczony podczas takiej aktywności fizycznej. Ale wiem też, że spędzanie całego urlopu na zatłoczonej plaży, basenie pełnego rozkrzyczanych dzieciaków, wśród ludzi przyciąganych przez takie popularne miejsca, są czymś, co napawa mnie strachem. Mój punkt widzenia.

Izabela: w każdym razie było warto poświęcić ten dzień, trochę siły i spiąć się i wreszcie wejść na jakiś szczyt. Wszyscy mile to wspominamy.
Ps. Antoś po powrocie do agro-domu miał jeszcze siły ganiać po podwórku...nie wiem gdzie on gromadzi energię... zazdroszczę

  KOCI WKLEJ ZDJĘCIE Z ANTKA PAMIĘTNIKA)NOTATNIKA rysunek skisun
CDN...

Urlop 2018 - kolej linowa SKI&SUN - część 2

Może kiedyś, kiedy nakupujemy sobie drogiego sprzętu, fajne buty i sportowe ubranka to się wczłapiemy na jakąś Gubałówkę czy inny Giewont. O, właśnie!!!! Szukamy sponsora! Ktoś chce nam coś kupić? Chce się zareklamować na naszym blogu? Przy okazji być na naszych koszulkach, fotografiach, itd.? Ależ „cebulactwo” przemawia w tych słowach. Ale tak na poważnie, to nie zbieramy na wódkę czy drogie auto. Czasami brakuje nam sprzętu, nawet podstawowego. Ale albo gofry dla dzieci, albo nowa lornetka… Co wybrać? Ale o tym, co mamy w plecaku opiszemy w innym wpisie.

Wracamy do naszej wycieczki. Przyznam się, że w pewnym momencie miałem chwilę zwątpienia. Nawet trzy razy. To był już któryś tam dzień urlopu, zwiedzania, wycieczek i katowania się za kierownicą auta. Byłem już trochę zmęczony. Niestety Izabela oznajmiła, że musimy się przejść trochę. Ale gdzie? Oj ja głupi, wydawało mi się, że góra to taka piramida, gdzie na szycie nie ma gdzie iść. I jeszcze te górskie kozice i dzikie niedźwiedzie, co mogą zaatakować. Gdzie ona chce iść? Jeszcze kiedyś słyszałem, że tam jakiś Liczyrzepa grasuje! Gdzie mnie tam iść w tą dzicz!?


Tam były takie drogowskazy i wszędzie był podany czas i to takie było wszystko daleko i długo. I ja już chciałem do domu. O taka tabliczka jest na zdjęciu poniżej. To straszne jest! Iza krzyczy, że chce iść dalej do jakiejś Zośki. Na wszelkie świętości! Ona ma tu jeszcze jakąś psiapsiułę i jak się dołączy to będzie gadała całą drogę o babskich sprawach i ja wtedy już oszaleję dokumentnie.


No, ale poszliśmy jakimś tam szlakiem o określonym kolorze. Jako facet nie mogę się wypowiedzieć dokładnie, co to za kolor. Dlatego też podam go z bardzo okrojonej palety barw – kolor zielony (podobny był to jakiś ciemny turkusowy). Szlak do Czerniawy-Zdrój przez Smrek (kierunek południowy), do Świeradowa-Zdrój (kierunek północny) – tak w poradniku zostało napisane.

Szlag, tfu! szlak jest dość prosty. Wszelkie podejścia pod pagórki czy jakieś większe różnice terenu zostały uzbrojone schodami wykonanymi z kamieni. Mimo, że jest to zielony szlak i tak jak napisałem, dość prosty, to nie polecam go rodzicom z dziećmi w wózkach. Przejazd wózkiem na tzw. Łączniku pomiędzy Stogiem Izerskim a Smrekiem jest nie lada wyczynem. Mając Franka w plecaku kilka razy natrafiłem na poluzowany kamień, zmroziło mi krew w żyłach, bo myślałem, że przewrócę się i zranię dziecko. Osobiście widziałem rodziców, którzy porwali się na ten szlak z wózkiem. Matka z dzieckiem na ręku, drugie prowadzone za rękę, a z tyłu ojciec z wózkiem na plecach. Wniosek nasuwa się sam.


Drugi raz zwątpiłem w połowie Łącznika. Zaczęła się dość długa droga pod górę. Moja kondycja, a raczej jej brak, zwyciężyła. Zrobiło mi się duszno. Czułem się jakbym oddychał jednym płucem. Może to kwestia wysokości i ciśnienia? Tego nie wiem, ale wiem, że po sprawdzeniu plecaka zauważyliśmy tylko 2 lub 3 butelki z wodą 0.5 l. To nie pierwszy raz, kiedy ktoś zapomniał nawigacji albo wody… Wtedy nie było nam do śmiechu. Trudno, wziąłem łyk wody. Reszta dla kobiet i dzieci. Może po drodze będzie jakiś sklep to kupimy wodę (ha ha ha, ale żart suchar, że aż zęby zgrzytają).


Dochodzimy do miejsca, które określa się siodłem. Miejsce na łączniku pomiędzy dwoma górami, jest to najniższy punkt. Miejsce to łączy drogę Zofii i drogę Telefoniczną. W tym miejscu znaleźliśmy miejsce do odpoczynku, małą wiatę. Zaraz obok widzimy sporych rozmiarów kamień. Na tym kamieniu jest wyryty napis „Sophienweg”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Szlak Zofii”. Odetchnąłem z ulgą, bo tajemnicza Zośka okazała się inskrypcją na kamieniu. Pomijając cały komizm sytuacyjny, nie znalazłem informacji, kim była tajemnicza Zofia i dlaczego jej imieniem nazwano szlak.


CDN...

Urlop 2018 - kolej linowa SKI&SUN

Świeradów Zdrój i kolej gondolowa SKI&SUN. Zastanawiałem się jak barwnie napisać wstęp do opisu tej atrakcji. Przyznam się, że nic konkretnego nie przyszło mi do głowy...

Dzień przywitał nas słońcem Nasz oddział od rana podzielił się na grupy. Szeregowy Franek odegrał poranny hejnał i dał do zrozumienia, że jego przenośna latryna wymaga opróżnienia. Starszy Antek wybiegł na podwórko w celu przeprowadzenia działań bojowych na huśtawce. Kapral Izabela musiała pomóc szeregowemu Frankowi w zmianie umundurowania. Starszy kapral Łukasz odegrał rolę kucharza i przygotował na szybko jakiś prowiant.

Pod ośrodek SKI&SUN dojeżdżamy przed południem. Parkujemy na płatnym parkingu. Przed ośrodkiem są bodajże trzy płatne parkingi. Tego dnia nasz samochód był trzecim, który tam parkował.

Po zakupie biletów w kasie, czekaliśmy około 30 minut na start kolejki. Kolej kursuje wg określonego rozkładu. Okazało się, że w tym czasie dochodzili kolejni turyści. Zebrała się grupka, na oko, 20-30 osób. W trakcie oczekiwania na start kolejki podziwialiśmy poszczególne elementy mechanizmu oraz to jak pracuje. Kolej pracowała w tym czasie dowożąc pasażerów, którzy jeszcze byli w gondolach.


Przed nami widoczny piękny zielony stok oraz wysokie drzewa. Przed nimi ustawione mnóstwo armatek śnieżnych. Kolej przystaje na chwilę. Wsłuchujemy się w szum lasu. Słońce zaczyna rozgrzewać wszystko dookoła, czuć jednak przyjemny powiew wiatru. Czekamy. Antek pyta coś o kolejkę. Jak działa, po co to wielkie koło, ile ma wagonów, itd.


Zamiast plecaka na plecach mam Franka w specjalnym nosidełku. Wypożyczone dzięki uprzejmości pani Agnieszki z Agroturystyki Izerski Potok. Pierwszy raz nosiłem Malucha w takim czymś i przyznaję, że na dłuższe wyprawy czy nawet zwiedzanie po muzeach jest to najlepsze rozwiązanie. Wcześniej Franek był noszony w specjalnej chuście. Jednak za każdym razem konieczne było wykonanie specjalnego wiązania. W przypadku takiego nosidełka-plecaka wkładam do niego dziecko, zapinam paskami i nakładam właśnie tak jak plecak na plecy lub klatkę piersiową.


Obsługa zaprasza nas do wsiadania do gondoli. Przechodzimy przez bramki i jeszcze dwa kroki i wsiadamy do lekko chyboczącej się huśtawki. Uczucie podobne jak to przy wchodzeniu na schody ruchome. Lina kolejki przemieszcza się cały czas. Specjalny mechanizm zatrzymuje wagonik na określony czas, po czym zostaje zwolniony i zaczepiony na linie.

Ruszamy pod górę. Oszklona gondola pozwala obserwować wszystko dookoła. Widzimy, co jest pod nami, przemieszczającą się zieloną trawę, ścieżki wydeptane przez turystów, ścięte drzewa. Może nie jesteśmy wysoko, ale taka podróż w „akwarium” robi wrażenie. Przejazd trwa około 10-15 minut.


Dojeżdżamy do górnej stacji. Gondola przystaje na chwilę. Wysiadamy. Jesteśmy wysoko! Hurra! 1108 m n.p.m.! Franek był trochę wyżej, bo na moich plecach. Rozglądamy się dookoła i to, co widzimy zapiera dech w piersiach. Wiem, że wielu już było na wyższych szczytach i weszło na nie o własnych siłach. Ale móc podziwiać taki widok całą rodziną to uczucie, jakie może chyba pozazdrościć niejeden samotny alpinista. Móc wspólnie wyrażać emocje i przekazywać wzajemnie to, co się myśli o tej chwili.


CDN...

niedziela, 17 czerwca 2018

Urlop 2018 - stary poniemiecki separator w Rębiszowie

Podczas wycieczek po okolicach Pogórza Izerskiego, co jakiś czas między drzewami pojawiała się w oddali tajemnicza betonowa budowla. Od początku obstawialiśmy, że jest to poniemiecki wynalazek. Nie myliliśmy się. Dowiedzieliśmy się, że jest to poniemiecki separator. Mimo szczątkowych informacji postanowiliśmy obejrzeć z bliska tę budowlę.


Ponieważ wyszukiwanie w Google wg haseł takich jak "poniemiecki separator Rębiszów" spełzły na niczym, szukałem dalej tylko i wyłącznie po starych fotografiach Rębiszowa i po niemieckojęzycznej nazwie wsi. Wszechwiedząca Wikipedia również nie zawierała informacji na temat tejże budowli. Jednak po dłuższych poszukiwania udało się! Na pierwsze fotografie natrafiłem na stronie fotopolska.eu.


Wśród fotografii natrafiłem na kopię czegoś co przypominało ulotkę reklamową lub wzmiankę z gazety. Taki zbiór informacji był już zadowalający.


Starałem się w miarę rzetelnie przetłumaczyć powyższy tekst. Słowa, których nie mogłem odnaleźć w słowniku, a które słownik internetowy przetłumaczył dość dziwnie, podkreśliłem. Jednakże mam nadzieję, że poniższe tłumaczenie, choć w niewielkim stopniu, oddaje sens tekstu artykułu.

Basaltwerk Rabishau G.m.b.H
Siedziba w Hirschbergu na Śląsku
Starostwo Powiatowe
Fabryka bazaltu w Rabishau została wybudowana w 1925 roku przez Provinzialverband Brandenburg i powiaty Hirschberg, Glogau, Löwenberg. Zdegradowany bazaltowy obszar Wickenstein [tak nazywało się wyrobisko Stary Łom] i Brandberg leży u podnóża Gór Izerskich w pobliżu Rabishau. Zdegradowany twardy bazalt ma według oficjalnych świadectw badania Państwowego Urzędu Badań Materiałów wytrzymałość na ściskanie wynoszącą 3600 kg na klejnot [tu chyba chodzi o jakąś wielkość próbki]. Jego zdolność absorpcji wody wynosi 0,24%. Kamień jest całkowicie odporny na mróz.


Od zerwania surowiec jest transportowany kolejką linową do żwirowni niedaleko stacji Rabishau. Żwirownia wyposażona jest w najnowocześniejszy park maszynowy. Zakład produkuje rocznie około 150 000 l balastu i 50 000 ton piasku i piasku. Produkowany jest żwir dla administracji Reichsbahn, a także żwir o wielkości ziarna 30/40 mm, 10/50 mm i skrobak naprawczy w rozmiarze ziarna 30/19 mm., Gruboziarniste odłamki o wielkości ziarna 15/30 mm, drobny żwir dla dróg bitumicznych o uziarnieniu 5/15 mm i piasek w uziarnieniu 0/5 mm. Zakład dostarcza również nie-akcjonariuszom.

Tyle w kwestii zaspokojenia wiedzy historycznej. Obszerny artykuł na temat kopalni i wydobycia kruszców w Rębiszowie poczytacie na oficjalnej stronie internetowej społeczności wsi Rębiszów. Obecnie separator jest nieużywany. Obok niego znajduje się pierwszorzędna linia kolejowa nr 274 relacji Wrocław Świebodzki – Zgorzelec. Kolej przejeżdża bezpośrednio pod "rękawami", do których wjeżdżały wspomniane kolejki linowe.


Jak działa taki separator? W większości przypadków zasada działania jest bardzo podobna. Przypomina to przesiewanie piasku w piaskownicy. Dziecko przesiewa piasek przy pomocy sitka. Po przesianiu piasku zawsze w sitku pozostają kamienie. W separatorze jest podobnie z tym, że jest kilka sit i każde ma inny rozmiar oczek. Weźmy dla przykładu rozmiary kamieni z tłumaczonego wcześniej tekstu. Pierwsze sito przesiewa piasek i drobne kamienie pozostawiają tylko te duże o rozmiarze 30/40 mm. Kolejne sito zatrzymuje kamienie o rozmiarze 19 mm, kolejne o rozmiarze 15 mm. Ostatnie zatrzymuje najdrobniejsze kruszywo o rozmiarze 5 mm.
 

Segregowane kruszywo jest zsypywane bezpośrednio do wagonów kolejowych. Opis jest laicki, ale mam nadzieję, że choć trochę udało mi się zobrazować zasadę działania takiego ustrojstwa.


Do separatora dojazd jest banalnie prosty. Droga też nie nastręcza problemów. Samo zwiedzanie woleliśmy odbyć tylko z zewnątrz. Mimo, że jest to budowla betonowa i wytrzyma jeszcze kilkadziesiąt lat, albo i dłużej, to jednak w środku znajduje się wiele niebezpiecznych elementów. Nietrudno się domyśleć, że takie miejsca padają ofiarą złomiarzy, co powoduje, że takie miejsca stają się niebezpieczne.


Portale internetowe godne polecenia:
fotopolska.eu
Oficjalna stronie internetowa społeczności wsi Rębiszów 

Urlop 2018 - zagubiony Czoch

Dlaczego nie weszliśmy do zamku Czocha? Bo się zdenerwowaliśmy? Odpowiedź może i banalna, bezsensowna, nietreściwa, ale kryje się za nią mnóstwo nerwów. Po pierwsze, po dojechaniu do Leśnej (miasto w pow. lubańskim), zaczęła się walka z drogowskazami. Najpierw trafiamy na drogowskaz, który okazuje się kierować na szlak pieszo-rowerowy. Potem trafiamy na drogowskazy typu "E", czyli tzw. znaki szlaków turystycznych (kolor brązowy). Niestety ich rozstawienie było często mylące. Ustawione za skrzyżowaniem wskazujące kierunek w lewo miały informować nie o kierunku jazdy ale drodze przy, której stoi. Niezrozumiałe?

Przykład poniżej. Jadę przez skrzyżowanie prosto. Widzę znak pokazujący strzałkę w lewo. Skręcam w lewo. Kierunek to kierunek. Bez względu czy stoi on przed czy za skrzyżowaniem. Zgadza się?


Wystarczy trochę dobrej woli... Zmiana strzałki. Wyraźnie widać prawidłowy kierunek.


Sytuacja nr 2. Skrzyżowanie z drogą podporządkowaną. Jadę prosto. Znak stoi pod kątem do osi drogi głównej. Mam jechać prosto czy skręcić w lewo? Jechać prosto. Znak ze względu na oszczędności stoi pod kątem tak by był widoczny dla jadących drogą główną i podporządkowaną.


Wszystkie znaki posiadały strzałkę kierunkową w jednym kierunku. Wygląda to tak jakby ktoś ogłosił przetarg tylko na jeden typ znaku. Ma to bardzo negatywny wpływ na opinię turysty. Niestety takich przypadków spotkaliśmy już wiele podczas naszych podróży. Pomijając już temat znaków. W GPS wpisujemy kierunek: Sucha.

Po prawie godzinnym błądzeniu docieramy pod zamek.

Spodziewacie się jakiegoś opisu zwiedzania? Niestety, nie będzie opisu. Weszliśmy za bramę. Podeszliśmy do kasy, zobaczyliśmy ceny i doszliśmy do wniosku, że mamy dość płacenia za zwiedzanie kolejnego zamku. Zniechęceniu po szukaniu tej całej atrakcji, głodni, w upale staliśmy na parkingu przed zamkiem. Kupiliśmy jakieś lody i jeden magnes na pamiątkę.

Rozpisałem się nad problematyką drogowskazów. Dojechałem do celu. Zrezygnowałem z jego zwiedzania. Cebula - najwyższy poziom. Ale niestety i tak czasem w życiu bywa.