czwartek, 14 czerwca 2018

Urlop 2018 - jak dojechać do zamku Chojnik?

Ot, zagadka... jak dojechać do zamku Chojnik.

Tego dnia było trochę pochmurno. Patrząc jednak na niebo zapowiadało się przejaśnienie. Po śniadaniu i spakowaniu niezbędnych rzeczy do auta ruszyliśmy w drogę. Z Przecznicy pojechaliśmy w kierunku Rybnicy gdzie wjechaliśmy na DK30. Tą drogą kierowaliśmy się w stronę Jeleniej Góry. Chcieliśmy jeszcze po drodze zrobić małe zakupy - woda, jakiś suchy prowiant, itp. Jednakże na wysokości stacji paliw pojawił się drogowskaz kierujący do zamku Chojnik. Kilkadziesiąt metrów dalej widzimy drogę gruntową. Skręcamy. Okazuje się jednak, że nie jest to droga do zamku Chojnik. Jest to droga donikąd. Cofamy się. 

Szczerze? Nie mamy sobie nic do zarzucenia. Zgubiła nas pewność, że tak wygląda droga do zamku. Może zgubiło nas doświadczenie, że 90% dróg do zamków tak właśnie wygląda. Kocie łby, drogi gruntowe, wysypane gruzem lub jakimiś kamieniami. Zamki mieszczące się w centrach miast, takie jak Malbork są łatwe do zlokalizowania i dojazd do nich nie jest przeszkodą. Niestety w tym przypadku jakiś nieogarnięty intelektualnie pseudo-drogowiec-projektant stawia znak 1,6 km przed właściwym zjazdem! Ozięble pozdrawiamy. Niestety takie przypadki zdarzają się często.

Przestawiamy się na GPS. Krzysiu, prowadź nas! Od punktu wyjścia, czyli od stacji benzynowej i nieszczęsnego drogowskazu, mamy jeszcze 12 km do przejechania. Zatem, zakupy i w drogę. 

Zamek widzimy już z daleka. Pięknie prezentuje się na górze Chojnik. Ostatnie wycieczki, jakie zaliczyliśmy odbywały się na płaskowyżach. Dodam, że z przewagą "płasko". 

Dojechaliśmy. "Jesteś u celu. Prowadził cię Krzysztof Hołowczyc". Parkujemy pod czymś, co się nazywa Transgraniczne Centrum Turystyki Aktywnej w Jeleniej Górze. Parking darmowy. Toalety zamknięte! Wisi karteczka "jestem na szlaku". Tak, więc pęcherze w torbę, bo na szlaku zakaz siusiania. Sytuacja była bardzo przykra dla pasażerów autokaru. Młodzi ludzie - prawdopodobnie pierwsze klasy podstawówki - wymiotowali na chodnik. Temat może i odpychający. Ale wyobraźcie sobie, co musieli przezywać opiekunowie, którzy mieli grupkę dzieci wymagających skorzystania z toalety. Tak, więc gratulujemy logiki pracownikom  Transgranicznego Centrum Turystyki Aktywnej w Jeleniej Górze.

(już widać zamek)

Szlaki prowadzące do zamku znajdują się na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego i są objęte opłatami. Z tego, co pamiętam to bilet normalny kosztował 6 zł, a ulgowy 4 zł. W miejscu zakupu biletów nabyliśmy od razu pocztówki, magnesy i inne pamiątki.

Pierwsze do pokonania schody wykonane z drewnianych belek, potem z kamieni. Łatwe do pokonania. Niestety nie jest to wygodne dla wózka dziecięcego. W tym miejscu odradzamy zabieranie wózków dużych, małych, czegokolwiek, co posiada kółka. Zaopatrzcie się w chustę lub specjalne nosidełko dla maluchów. Dalsza część drogi prowadzi przez trasę czarną i trasę czerwoną. Oczywiście nasza grupa alpinistów amatorów, niezaznajomiona z oznakowaniem szlaków stoi pod drogowskazem wpatrzona jak wół w malowane wrota lub szpak w gnat.


Poniżej krótki opis kolorów szlaków:

SZLAK CZERWONY – Zazwyczaj jest to główny i najważniejszy szlak na danym obszarze. Szlak o sporej długości, który przebiega przez trasę najbardziej wartościową z punktu turystycznego. Na przykład Główny Szlak Sudecki.

SZLAK NIEBIESKI – To drugi pod względem ważności szlak. Prowadzony na długim dystansie, ale nie będący szlakiem głównym.

SZLAK ŻÓŁTY – Tym kolorem oznacza się zazwyczaj szlaki łącznikowe, czasem też dojściowe.

SZLAK ZIELONY – Szlak doprowadzający do charakterystycznych miejsc, lub łącznikowy, czasem też dojściowy.

SZLAK CZARNY – Najrzadziej stosowany ze względu na małą widoczność. Oznacza szlak dojściowy, rzadziej łącznikowy.
[źródło tekstu w ramce: https://eloblog.pl]


W międzyczasie w dół góry schodziła wycieczka z przewodnikiem na czele. Pan ze względu na wiek i wygląd sprawiał wrażenie zaprawionego w boju. Spojrzał na nas i rzucił: "z tym wózkiem na czarny szlak to nawet nie myślcie wchodzić". Skoro pan przewodnik schodził z czarnego szlaku to warto posłuchać dobrej rady. Faktycznie, szlak czarny pokonałby nas z pewnością. Jego fragmenty widoczne były podczas wchodzenia szlakiem czerwonym.

Kilka słów o samym szlaku czerwonym. Wybrukowana droga, nie jest stroma. Jednak dla takich wspinaczy jak my nawet taki szlak jak ten był wyczerpujący. Droga posiada jeszcze pewnego rodzaju progi, które mają na celu odprowadzać wodę deszczową w specjalnie przygotowane koryta. Owe progi występują, co 10 m. Idąc "pod górkę" nie stanowią one przeszkody. Idąc w dół progi stanowią już przeszkodę, gdzie za każdym razem trzeba podnosić wózek. Według Google Maps trasa ma około 2,3 km. Biorąc pod uwagę, że progi mogą występować średnio, co 10-15m to takie "kicanie" wózkiem trzeba wykonać około 200 razy.
Może i narzekam. Przecież to jest szlak turystyczny, a nie jakaś promenada w jakimś kurorcie. Popełniliśmy błąd i staramy się przestrzec przed nim innych.

Młody został zawinięty w chustę. Niesiony przez mamę zadowolony z podziwiania widoków. Mijamy tzw. Grzyb Skalny, taras widokowy oraz skały, które wyłaniają się z ziemi. Śpiew ptaków, szum drzew przerywający ciszę. Wspinamy się - nie wiem już jak długo. Mimo problemów z wózkiem czas spędzamy bardzo miło. Odpoczywamy chwilę przy Źródełku Kunegundy.



Po drodze widzimy, że w dół idzie chłopiec trzymający loda. Pytamy czy na górze jest jakaś budka gdzie można coś kupić? Mówi, że tak, można kupić picie i coś do zjedzenia. Uradowani. Mamy jeszcze większą motywację do przyśpieszenia kroku. Z oddali słyszymy jak ktoś pyta schodzących czy jeszcze daleko. Odpowiadają, że blisko, bo już widać mury zamku. Kolejny powód by przyśpieszyć. Przecież tam jest cywilizacja! Picie, strawa i może jakaś toaleta.




Docieramy do zamku. Widać już pierwszą bramę. Ten fragment drogi również okazuje się być trudny do pokonania wózkiem. Dla zmęczonego taty jest to spora przeszkoda.


Zasłużyliśmy na odpoczynek. Kawę, coś słodkiego i zimne picie. Nagroda za spalone kalorie. Po lewej stronie od głównej bramy zamku znajduje się kawiarnia. Nie pamiętam całego menu. Wiem za to, że w przyszłości wróciłbym tylko po jeszcze jeden kawałek sernika. Tak, sernik był przepyszny i podejrzewam, że robiony według starego przepisu, czyli z dodatkiem ziemniaka. Zgadza się, najlepszy sernik robiony jest z dodatkiem ziemniaka do ciasta, a nie jakiś sztucznych skrobi czy innych wynalazków.

(Łukasz: prawie jak mojej mamy)

W kawiarni znajduje się toaleta. Nie chcę skłamać, ale chyba przy kiosku z pamiątkami i biletami na szlak znajduje się tablica informująca, że zamek nie posiada toalety. Prawdą jest, że zamek nie posiada toalety i na trasie też takowych nie ma. Jednakże znajduje się ona w kawiarni. Nie pamiętam ile kosztuje, ale bez względu na cenę, w potrzebie nie zwraca się na to uwagi.

Przygotowani na dalszą przygodę wchodzimy do zamku. Bilety w podobnej cenie jak te na szlak. Do zwiedzenia jest fragment podziemia, dziedzińce, baszta oraz przejście przy murze zewnętrznym. Wszystko zabezpieczone, więc nie ma obaw o bezpieczeństwo dzieci. Pierwszy dziedziniec, widzimy prawdopodobnie słup pręgierza. Mury porośnięte zielonym bluszczem oraz piękne rozłożyste drzewo.
Umknęło nam uwadze, ale z zamek nie oferował do zwiedzania komnat z eksponatami. Trzeba go bardziej traktować, jako punkt widokowy. I tak właśnie jest, bo najważniejszym elementem zamku jest baszta. Dopiero tam turysta docenia piękno krajobrazów, które go otaczają.




Odpoczywamy na dziedzińcu.Przewijamy małego. Dajemy jeszcze chwilę dzieciakom na "zwiedzanie" zamku, które oparte jest na bieganiu gdzie się da. Oczywiście nigdy nie pozwalamy in na skakanie w miejscach niebezpiecznych czy też takich, które mogą ulec uszkodzeniu. Wszak dzieci są gorsze niż szarańcza.

Kiedyś zażartowałem do żony, że znam sposób na wygranie każdej wojny. Wpuszczam do bazy wroga kilka grup przedszkolnych - gwarantowane: umundurowanie i sprzęt pomalowany w nowych jaskrawych barwach przy pomocy kredek i farb. Wszelkiego rodzaju broń zostaje rozkręcona, magazynki pogubione, wewnątrz mnóstwo piasku. Drobne elementy połknięte lub zgubione. W przeciągu kilkunastu minut znika prowiant - zwłaszcza ten kaloryczny i słodki. To czego nie da się zjeść lub połknąć w całości zostaje pogryzione. W kołach pojazdów brak powietrza. Lufy armatnie zapchane. Baza zdobyta. Uzupełniamy stan załogi, zmieniamy pieluchy i walczymy dalej. Oczywiście tekst traktujemy jako swoistego rodzaju żart. Każdy rodzic wie, że wystarczy odwrócić się na chwilę i dzieją się takie zjawiska, których nie wyjaśni sztab naukowców.

Dlatego też staramy się uczyć dzieciaki szacunku do tego co stare, zabytkowe, cenne z punktu widzenia historii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz